Wyprawa biegowa – z dzieckiem, za 0 zł, czyli jak upiec 7 pieczeni na jednym ogniu.

Ostatnio u mnie sporo zmian. Nie wiem czy na dobre, ale lepiej spróbować i żałować, niż od razu żałować, że się nie spróbowało. W aktualnej sytuacji nie mam nic do stracenia.

Zmiany dotyczą wszystkiego… pomysłów na Mamy ruszamy, zarządzania wolnym czasem, treningów i dyscyplin.

W każdym razie, w moim planie treningowym ostatnio pojawiła się: wyprawa biegowa – 120 min.
Trochę marszu, trochę biegu, taka zabawa bieganiem, zmienne tempo, wyprawa w nieznane i najlepiej w weekend. Z jedzeniem i piciem.
Jak to zobaczyłam to zbladłam. Że co K***WA? Nasze weekendy to generalnie przeładowany atrakcjami różnej maści czas. Jak ja mam wyszarpać 2h z mojego pękającego w szwach dnia, z założenia poświęconego rodzinie? Mężu, córko… to teraz mamusia idzie się relaksować do lasu i cieszyć pięknem przyrody, czekajcie z obiadem. Mąż by mi chyba głowę urwał!

Ale skoro podniosłam rękawicę to to zrobię i będzie najlepsza wyprawa biegowa ever! I to jeszcze rodzinna. Zaprosiłam a nią męża, córkę oraz psa i postanowiłam upiec 7 pieczeni na jednym ogniu.

Metryczka:
Miejsce: Kampinos (zaczęliśmy w Truskawiu)
Czas: 180 min
Dystans: 14-16 km
Cel: Zmęczyć wroga, by padł z niemocy
Akcesoria: smycz do biegania, rower dziecięcy
Wyposażenie: woda, żarło

Co warto mieć ze sobą:
– sycące przekąski: owocowe batony, figi, daktyle, orzechy, suszone owoce
– płyny: polecam wodę, ewentualnie jakąś lemoniadę lub domowy izo, najlepiej w bukłaku w plecaku do biegania.
– kompas (taki z telefonu da radę)
– mapa (pamiętaj to wyprawa w nieznane, co więcej tu nie zawsze zadziała lokalizacja Google)
– coś na komary i kleszcze (to jest must! A po powrocie dokładny przegląd)
– obroża przeciw kleszczowa dla sierściucha
– miska dla psa (polecam silikonową, którą składa się w cienki placuszek)
– smycz biegowa z pasem i szelkami do biegania (pamiętaj, że Kampinos to Park Narodowy. Nie możesz puścić tu sierściucha w samopas. Po drugie to niebezpieczne, bo jak ruszy za jakąś zwierzyną to …. Szukaj wiatru w polu, a właściwie w lesie)
– tel/aparat/kamera (no przecież musicie to uwiecznić!)

O czym warto wcześniej porozmawiać z dzieckiem?
Wytłumacz dziecku czym jest Park Narodowy. Oczywiście zakładam, że już nauczone jest podstaw w stylu: nie śmiecimy, nie krzyczymy, szanujemy przyrodę.
Dziecko musi wiedzieć, że może spotkać tam dzikie zwierzęta, które biegają tabunami. W związku, że to my wchodzimy do ich domu to one tam rządzą, a my jesteśmy gośćmi. Warto to jasno i wyraźnie zakomunikować.  Wytłumacz dziecku, że jest z Tobą, tatą i psem, więc nie musi się bać. Dzieci często czują strach w lesie, szczególnie jeśli nie bywają w nim na co dzień. W bajkach czytamy, że w lesie czai się zło. Złe wilki co zjadają kapturki i inne bzdury, które dzieci biorą na serio. Musimy zadbać o to, by czuły się z nami bezpiecznie.

Pierwsza pieczeń:
Trening w tlenie – zrealizowane!
Dzięki temu, że miałam ze sobą cała ferajnę to nie kusiło mnie szybkie bieganie. Niestety tak mam, że jak wejdę w las i zatracę się w swoim bieganiu to wyłączam mózg i lecę. Zatrzymuję się pod chatą z ozorem na brodzie i … o żesz…. Trochę mało tego tlenu J Dziecko, rower, pies, mąż, plecak to skutecznie spowalnia wycieczkę. Nie zerwiesz się jak pies z łańcucha tylko spokojnie do przodu. Dodatkowo dostałam siłę biegową w gratisie. Piach po kostki, pchanie roweru z dzieckiem po tym piachu, górki, pagórki. Mimo tlenu dostałam takiego strzała wysiłku, że gdy tylko w domu przyłożyłam głowę do poduni to … zgon do rana.

Druga pieczeń: 
Doskonalenie jazdy na rowerze – zrealizowane!
Młoda jeździ na rowerze sama, ale jeszcze ma problem z ruszeniem i hamowaniem. Nie mam czasu w tygodniu by to doskonalić. Mamy tak dużo innych zajęć i aktywności, że ten rower nam tak średnio po drodze. A tymczasem nie było odwrotu. Rower był, trzeba było na nim jechać. Teren był wymagający więc młoda potrzebowała asekuracji i wsparcia na podjazdach, ogromnej współpracy na zjazdach i zwyczajnie pchania jej gdy koło ugrzęzło jej w piachu. Wertepy i inne chynchry poprawiły jej stabilizację na rowerze. Pięknie trzymała wyprostowaną sylwetkę. Sama jazda wymagała sporego wysiłku. Gdy stanęła na równej drodze to tak przygrzała, że jedyne co zobaczyliśmy to kurz.

Trzecia pieczeń:
Zaspokojenie ciekawości świata i nowa wiedza – zrealizowane!
Łono przyrody, nowe miejsce… to wiele bodźców. Moja córka była w miejscu, którego wcześniej nie znała, więc jej mapa świata poszerzyła się o nowe horyzonty. Oglądałyśmy drzewa, zieleń natury, której nie widzimy każdego dnia w parku lub miejskim betonie. Obserwowałyśmy ptaki, owady. Moja córka mogła przełożyć wiedzę książkową na wiedzę praktyczną. Udało nam się zobaczyć jaszczurkę. Dla nas to nic, ale dla 6-ciolatka to wielkie WOW!
Do tego świetna okazja na naukę posługiwania się kompasem, czytania mapy i szukania północy po mchu obrastającym drzewa.

Czwarta pieczeń:
Czas spędzony razem. – zrealizowane!
Tu byliśmy razem non stop. W Kampinosie nie ma internetu, zasięgu też nie ma, więc nikt nawet na chwilę nie uciekał do telefonu, by zobaczyć co na fejsie. Nawet nie szło IS na IG wrzucić więc był to tylko nasz czas.

Piąta pieczeń
10 tyś kroków – zrealizowane!
Każdy z nas powinien w ciągu dnia wytuptać 10 tyś kroków. Limit wyczerpaliśmy kilkukrotnie J

Szósta pieczeń:
Zmęczyć sierściucha – zrealizowane!
Nasz pies jest bardzo ….hmmm… żywiołowy. Tak to idealne określenie. Potrzebuje dużo ruchu. Taka wyprawa skutecznie go upodliła. Wrócił do domu i padł. Rano obudziłam się przestraszona. Szturchnęłam psa stopą… ufff żyje… podniósł leniwie powiekę i jego mina mówiła stanowczo: „Goń się Pańcia. Chcesz sikać to idź sama.” W normalnych okolicznościach przyrody, przy stosunkowo dużej aktywności lizałby mi stopy między 4:19 a 5:20. Tym razem o  7 leżał jak porażony paralizatorem. Do 9:00 zmieniał jedynie lokalizacje wbijając się pod łóżko tak głęboko by młoda go nie mogła szturchać.

Pieczeń siódma:
Aktywność na świeżym powietrzu – zrealizowane!
Staramy się spędzać dużo czasu na dworze. Nawet pisząc ten post wyleguję się w hamaku na psim placu zabaw. Nie mniej jednak często jesteśmy w mieście. Jeśli nawet w parku to zawsze jest to środek miasta, pełnego ludzi, tętniącego życiem. Tym razem zaliczyliśmy spokój, ciszę i ludziobrak.

Gdy teraz tak obiektywni patrzę na naszą wyprawę to, kurcze, było fajnie. Jednym akcentem odwaliliśmy tyle rzeczy i nie wydaliśmy na to ani grosza. No dobra, niby trzeba dojechać do tych Truskawek czy gdzieś tam, ale… no sorry… na basen, do parku trampolin czy innego źródła dziecięcych atrakcji też trzeba dojechać, a na dodatek zostawić tam „piniądz” za skorzystanie.

Serio, z całego serca Wam polecam.

Dołącz do grupy aktywnym mam na FB:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Instagram, tam też jesteśmy:

iloolo11169053_10205109642593257_978717547_n

Ilona, mama, trener

Mama Basi, trener personalny: - instruktor lekkoatletyki - instruktor kulturystyki - instruktor fitness - trener Blackroll - trener TRX - trener PFS - trener Boot Camp

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: