Wynik z maratonu jest jak mężczyzna, nie chesz każdego.

Za nami kolejny Orlen Warsaw Marathon. Kolejne narodowe święto biegania przeszło do historii. Dla mnie natomiast było nietypową historią. Pierwszy raz w swojej karierze biegowej zeszłam z trasy. Nie przejmuj się, nic się nie stało. Nie zawiodły płuca, nie zawidoły nogi. Przez chwile myślałam, że zawiodła głowa, ale kiedy przemyślałam to chyba wszystko rozchodzi się o ambicję. Tak o moją ambicję. O poprzeczkę stawianą zawsze bardzo wysoko i o to przekonanie, że albo mam co chcę, albo nie mam wcale. Nie uznaję półśrodków. Nie satysfakcjonują mnie zapchaj dziury. Ba, zapchaj dziury to mnie raczej wkurzają i to bardzo mocno.

Podczas tego OWMu, nie czułam tego czegoś. O ile jarały mnie przygotowania, treningi to sama impreza już mniej. Liczyłam jednak, że miłość przyjdzie z czasem, bo jak nie mieć sentymentu do miejsca debiutu. No kur… okazało się, że ja nie mam. A kolejny start w tym samym miejscu nawet mnie irytuje. Na zawody zapisałam się w ostatniej chwili. W sumie gdyby nie to, że sie zobowiązałam do startu to widząc prognozy pogody przesunęłabym start o dwa lub trzy tygodnie i pojechała gdzie indziej. Ale jak człowiek powiedział A to musi też powiedzieć B.

Niestety od rana wszystko było nie tak. O poranku chciało mi się rzygać i drapało w gardle. Żołądek zwinięty w chińskie 8, jak by powiedziała Anna Pietruszka, nie pozwolił mi się zwyczajnie w świecie nawpierd…. bladym świtem. Do tego to przeszywające zimno. Ten okropny wiatr. Nienawidzę biegać kiedy jest wiatr. Zbyt mnie wychładza. Niestety, kiedy duje mój organizm wariuje. W środku jest mi bardzo gorąco, a na zewnątrz bardzo zimno. Ta różnica temperatur między jedną a drugą stroną skóry dezorentuje cały system.

Na domiar złego spóźniłyśmy się na start. Kolejki do toj toja były tak gigantyczne, że 20 minut sterczenia to zdecydowanie zbyt mało, by mieć okazję na pozbycie się skutów nawodnienia. Pomimo tego, że ostatecznie wystawiłam tyłek w krzaki to i tak moja strefa startowa dawno ruszyła. Skakałyśmy z Olą przez ruszające na pasek startu Oshee, by przez barierkę dostać się do strefy maratonu. Ostatecznie ruszyłyśmy ze strefy na 4h. Dla mojego celu to zdecydowanie zbyt późno. Niestety dla mnie sam start ma ogromne znaczenie. Jak nie wyjdę dobrze i odpowiednio mocno to potem zbita dupa. Niestety przekonałam się o tym kolejny raz. Pierwszy km na 6:30 trochę mnie przytłoczył, w sumie to bardzo mnie przytłoczył i zabrał motywację. Zamiast walczyć o marzenia stałam w korku i się frustrowałam. Postanowiłam jeszcze zawalczyć, ale na samym początku miałam ponad 2 min straty, a nie zapowiadało się na poprawę. Kiedy się troszkę odbiłam i łapałam 4:25 to, co rusz stawałam przed ścianą ludzi i… zamiast równego tempa miałam zmienność, która zabija. Dla mnie to jak jazda na piątym biegu na hamowaniu. Należałoby zredukować bieg, ale zajeżdżasz piątkę, bo myślisz, że to tylko sekundka i jakoś tam będzie. Ostatecznie szybko zajeżdżasz swój pojazd. Ja też tak zajeżdżałam swój i dorzucałam mu jeszcze ostre zakręty z nadzieją, że wygrzebię się z tego labiryntu.

Kiedy patrzyłam na swoje tempo, to mimo tego fatalnego startu szło na życiówkę. Tylko marna ta życiówka. Jak bym utrzymała tempo, to doleciałabym na 3:16. Jest tylko jedno ALE… nie taki wynik planowałam i nie taka życiówka mnie satysfakcjonuje. Wiem, że przy takim wietrze przyśpieszać byłoby mi bardzo trudno, a straty miałam na tyle dużo, że nie miałam szans nawet otrzeć się o mój cel, ba nawet o ramy mojego celu. Zdaje sobie sprawę, że takie 3:16 to fantastyczny wynik i wielu by wzięło z pocałowaniem w rękę, ale… nie ja. Jedyną motywacją w tym momencie byłby medal, tylko… od dawna nie jara mnie bieganie za medal. Medali mam tyle, że jeden w czy w drugą nie robi różnicy.

Teraz możemy wrócić do tytułu… wynik z maratonu jest jak mężczyzna… nie chcesz każdego. No i ja nie chciałam takiego… nawet jeśli byłby życiówką. Faceta też bym nie chciała byle jakiego, choć w oczach innych byłby idealny. Ja potrzebuję takiego, który jest idealny w moich oczach. Tak samo jest z maratonem. Jak nie mogę mieć tego, czego chcę to nie chcę zamiennika, półśrodka lub czegoś na zastępstwo, z czym nie czuję się komfortowo.


CHCESZ KUPIĆ ZEGAREK lub OPASKĘ TOMTOM?

skorzystaj z KODU RABATOWEGO:
*ZEGARKI MamyRuszamy75_TTsports
*OPASKA MamyRuszamyTouch50
www.ttsports.pl

Wracając jednak do maratonu. Od kiedy zasmakowałam biegów bardziej kameralnych to wiem, że masówki nie są dla mnie. Po dzisiejszym dniu, po hektarach pokonanych między depozytem a startem, po kolejce do kibla, po absurdalnej ciasnocie oficjalnie mam dość. Bardzo chętnie Wam na tych masówkach będę kibicowała, zajęcia Wam robiła, mogę polecieć rekreacyjnie z kamerą i kręcić filmy, ale za starty na wynik podziękuję. Chętnie będę kontynuowała udział w zawodach o mniejszym wolumenie, gdzie mogę ustawić się niemal w pierwszej linii i gonić marzenia.
Mam nadzieję, że Wasza ciekawość została zaspokojona. BTW kameralny maraton godny polecenia to…?


CHCESZ KUPIĆ ROLLER BLACKROLL?

skorzystaj z KODU RABATOWEGO 10% : MRbruSUL2017
www.blackroll.com.pl

 

Dołącz do grupy aktywnym mam na FB:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Instagram, tam też jesteśmy:

iloolo

 

Ilona, mama, trener

Mama Basi, trener personalny: - instruktor lekkoatletyki - instruktor kulturystyki - instruktor fitness - trener Blackroll - trener TRX - trener PFS - trener Boot Camp

8 thoughts on “Wynik z maratonu jest jak mężczyzna, nie chesz każdego.

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: