Survival Race – zanim wydasz miliony monet sprawdź czy warto!

Pamiętasz, że biegniemy na Cytadeli w niedzielę, zapłaciłem za Ciebie, wpisałaś się? – w połowie tygodnia ponaglał Bartek.
No tak, weekend bez startu to weekend stracony. Błyskawicznie ogarnęłam zapisy. Wyszło, że biegniemy razem. Razem znaczy w jednej fali i jako duet.
Duet zwiastuje kłopoty. 1 kłopot = musimy zorganizować opiekę dla Basi. 2 kłopot = duet to współpraca, a nam lepiej idzie rywalizacja.
Oba kłopoty się rozwiązały same. Na hasło Basia z odsieczą przyszli jak zawsze Ola, Jarek z dzieciakami i Marysia, jako drugi support z odsieczą przybyły Pietruszki w pełnym składzie. W konsekwencji moje dziecko miało wykwalifikowaną opiekę w postaci 5 dorosłych i fantastyczne towarzystwo w postaci dodatkowej czwórki rówieśników.  Czego chcieć więcej? Chyba tylko zostaje po nogach całować za takie wsparcie. Ze współpracą też daliśmy radę. Potraktowaliśmy to jako wyzwanie. Ja byłam zającem podczas biegu po piasku, na stromych podbiegach, mistrzem ostrzegania przed wrednymi gałęziami (nie zawsze na czas ostrzegłam i mąż mój kilka razy oberwał z liścia). Bartek natomiast brał na siebie podnoszenia, podrzucanie mnie na przeszkodach i wyciąganie z dziur, dziurek i innych otworów. Na ten bieg byliśmy przygotowani.

Niestety kiedy rozwiązaliśmy nasze kłopoty pojawiły się kłopoty ze strony organizatora biegu. Totalny chaos organizacyjny. Biuro zawodów to delikatnie mówiąc Meksyk. W Meksyku co prawda nie byłam, ale widziałam w telewizorze i było podobnie. Zdobyliśmy pakiety maszerując od stołu do stołu, zbieraliśmy fragmenty pakietowej układanki, a potem puzzle!Jak złożyliśmy okazało się, że koszulka nie ten rozmiar i dawaj jeszcze raz w kolejeczkę. A dziecko, gdzie zapisać dziecko na bieg? Ilu wolontariuszy tyle odpowiedzi i weź tu bądź mądry? Komu zawierzyć i w którą kolejkę stanąć?!

Ogarnęliśmy! Stajemy na starcie. Rozgrzewka. Ready! Staedy! Go! Lecimy…. rura naprzód! Hmmmm…. po 500 m czujemy, że coś nie gra. Tak, wiem, mistrzem orientacji w terenie nie jestem, ale… nie tylko mi coś nie gra. Po około 6 minutach czołówka naszej fali, Ci wszyscy co dygają na czas stoją po pachy w pokrzywach. No dobra… przeszkoda tak, tylko, że końca tych że pokrzywów nie widać. Zawracamy! Szukamy …. trasy. Szukamy wolontariusza, szukamy…. czas leci… za nami nadbiega kolejna część fali i taką samą dezorientacją. Decyzja pada – wracamy!  Gdzieś udaje nam się dopaść wolontariusza. „Eh, bo ten co tu stał to pomylił drogę i posłał Was w drugą stronę. Wasza trasa jest tam.” Koniec tematu. Zrobiliśmy raban, bo ktoś celowo lub nie zdjął nas z trasy. W zasięgu kilometra nie było nikogo z obsługi, trasy się krzyżowały. Wolontariusz próbuje się skontaktować z biurem dowodzenia, bez skutku. Część fali przyłącza się do kończącej bieg fali z 12 km. Dopiero zaczęli, zaraz skończą i czas jak marzenie.
My wracamy do biura zawodów. Mamy szukać Pani Dominiki. Szefowej wszystkich szefów, co nas do niej Maciej wolontariusz skierował. Szukanie Pani Dominiki to trochę takie szukanie igły w stogu siana, bo owa Pani se gdzieś poszła, telefon zostawiła na biurku i tyle ją widzieli. Zastępcy szefa wszystkich szefów nie ma, bo w sumie po co? Pomarańczowe wolontariuszki chętne do pomocy niestety nie radzą sobie z naszym przypadkiem. Na ratunek przychodzi Pani w lokowanych włosach. Tak to jedyna osoba, która ogarniała system. Choć jej decyzyjność była zerowa, jako jedyna miała na tyle charakteru by sprawę ogarnąć. W pięć sekund dostaliśmy nowe chipy i przepisanie o kilka fal niżej. Mogliśmy startować ponownie. Cała sytuacja tak trochę w stylu „Alternatywy 4” a dynamika akcji rodem z „Rejsu”

Bystre oko Olki wypatrzyło, że coś nie tak. Nie wiem jak nasi to zrobili, ale w sekundę zorientowali się, że zniknęliśmy z czołówki trasy i już szukali nas w karetce. Akurat nasi nigdy nie zawodzą i są czujniejsi niż szefy wszystkich szefów. Ola dopadła mnie w nerwach i tylko zapytała czy oby w jednym kawałku jesteśmy. Niby w jednym tylko trochę napuchnięci, bo w pokrzywach siedzieliśmy, ale niech na zdrowie idzie.

No to myk, godzina 14:oo, nasza druga szansa. Kolejna rozgrzewka, kolejny raz słuchanie tego samego. Nie ma magii, nie ma fajerwerków. Klimat imprezy prysnął niczym mydlana bańka.
Wystrzał i rura do przodu! Teraz musi być dobrze! Lecimy, pierwsze przeszkody. Brak wolontariuszy. Jedni uczestnicy przeszkodę pokonują inni omijają, a jeszcze inni nie mają pojęcia co się na niej robi. Wszechobecny chaos! Karne burpees? Jakie burpees. Nikt nie pilnuje, nikt nie robi! Ba nawet jest sporo okazji, by znacznie skrócić trasę. Wielu śmiałków się na ten krok decyduje. Jedni przypuszczam świadomie, ale inni niekoniecznie. Trochę lipa wydać tyle kasy na korzystanie z przeszkód i z nich nie skorzystać, ale wiadomo każdy ma inną zawartość portfela i szacunek do pieniędzy.

Cała trasa oznaczona średnio. Gdyby nie Bartek to z 5 razy bym się zgubiła, on ma jednak w głowie jakiś taki zmysł, że jak raz zobaczy plan tras to jakoś kuma w jakim kierunku lecieć. Chyba jako pierwszy się zorientował, że wolontariusz wskazał nam zły kierunek lotu. Przeszkody były przyjemne, bardzo proste, w większości łatwe do pokonania. Było też kilka wymagających, niestety średnio zabezpieczonych pod względem bezpieczeństwa. Na trasie doszło do kilku wypadków, tragicznych w skutkach niestety. Tu organizacja imprezy nie dała rady. Brakowało obsługi co przekładało się na brak bezpieczeństwa. Bieg był ciasny. Fale startowały co 15 min co gwarantowało spore kolejki przy przeszkodach. Jak ktoś leciał na czas w późniejszej fali to strata czasu na przeszkodach irytowała. Na szczęście w dwóch czy trzech przypadkach inni użytkownicy przeszkody nas przepuścili, ale było kilka takich gdzie ktoś gapił się na przeszkodę jak cielę i ani w przód ani w tył.

Biegliśmy w dwuosobowym teamie. Był to chyba najlepszy możliwy układ. Bartek zdecydowanie lepszy jest na przeszkodach siłowych, bez większego wysiłku wciąga moje lekkie dupsko i przerzuca jak worek z ziemniakami. Moim bonusem jest ogromna wytrzymałość zarówno ogólna jak i tempowa. Szybko wchodzę w rytm przy zmienności tempa dzięki czemu jestem dla niego dobrym biegowym zającem i jestem w stanie sprowokować go do utrzymania tempa.

Do mety dotarliśmy razem. Wróciliśmy do dzieciaków i naszych kibiców. Właściwie nasi kibice dużo latali za nami z kamerą, żeby film na konkurs skręcić. Obejrzycie go troszkę niżej.
Postanowiliśmy poczekać na wyniki w międzyczasie korzystając z atrakcji przygotowanych przez partnerów biegu.  Wypuściliśmy dzieciaki na SR Kids. Trochę droga ta zabawa, bo trzeba było wybulić po 35 zeta za dzieciaka. W biegach dla dzieci organizatorzy raczej trzymają się popularyzacji biegania wśród najmłodszych i ich eventy są bezpłatne, ewentualnie płatne symbolicznie, ale w przypadku biegów przeszkodowych organizator ma inne priorytety i za maluchy płaci się słono. Dzieciom się podobało – powiedzmy. Moja co prawda ryczała, choć tory przeszkód uwielbia i na Runmageddonie postanowiła lecieć z „kontuzją”. Na SR coś jej nie leżało. Pewnie udzieliła jej się pełna chaosu atmosfera.
Poskakaliśmy trochę na balon, choć kolejka była koszmarnie długa. Połaziliśmy po linach, które udowodniły nam, że nad stabilizacją to trzeba popracować. Już zaczęliśmy, żeby następnym razem wstydu nie było.

Bezskutecznie czekaliśmy na wyniki. Ogłoszono najlepszych. Jednak wartości, które podano wyczytując podium były tak absurdalne, że aż śmieszne. Wykręcenie takich wyników było praktycznie niemożliwe. Po prostej, bez przeszkód i bez zmiennego tempa biegu owszem osiągalne, ale z całym szacunkiem dla najlepszych, nie w przypadku biegu z tempem zmiennym. Wyniki Pań też wywołały gwizdy. Swoich wyników nie poznaliśmy. Miały być dostępne na stronie wieczorem. Nie były. Czekaliśmy na nie kilka dni. Mój czas nawet pokrywał się z tym, który podała mi Ola kiedy przekroczyłam linie mety. Nie biegłam z własnym pomiarem czasu. Moim pomiarem była Ola, która mnie wystratowała i złapała na mecie, stąd też miałam realne porównanie do wyniku podanego przez oficjalny pomiar czasu. Bartek na liście wyników nie istnieje do dnia dzisiejszego. Biegliśmy cały czas razem, miał chip na miejscu, a mimo to był biegaczem widmo. Szkoda, bo prowadzimy statystyki wyników i historię biegów oparte o system Enduhub i jeśli organizator coś skopie przy wynikach to kopie nam statystyki. Bonus taki, że na oficjalnej liście wyników, czasy najlepszych wydawały się być rzeczywiste. Nie mam pojęcia jak to się stało, że ostatecznie doliczono najlepszym po kilkanaście minut (tak… te pierwsze wyniki serio były z kosmosu) i jak to się ma do tego jak biegli w rzeczywistości, ale nie wnikam. Wiem tylko, że muszę rozważniej wybierać biegi przeszkodowe i rozsądniej wydawać pieniądze.

A teraz Uwaga! Poniżej wrzucam film, który zrobiła Ola. Jest inny niż te, które są w sieci i pokazują jak to biegi z przeszkodami są trudne i wymagające zwinności superbohaterów. U nas, jak na matki przystało, rodzinna sielana. W związku z tym, że Olka się napracowała to zgłosiłyśmy jej dzieło do konkursu. Konkurs jak to zazwyczaj na fejsbuniu bywa jest na żebrolajki. Zatem jak już się pofatygujecie, żeby klYknąć PLAY to klYknijcie, prosimy, też LAJKA, może użebramy i my 🙂

Film osadzony prosto z FB, więc po odpaleniu możecie oddać lajka bez szukania na FB.

Film:

Dołącz do nas! Każdego dnia dajemy sporą dawkę silnej motywacji:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Galeria (autor zdjęć www.mamyruszamy.pl )

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Ilona, mama, trener

Mama Basi, trener personalny: - instruktor lekkoatletyki - instruktor kulturystyki - instruktor fitness - trener Blackroll - trener TRX - trener PFS - trener Boot Camp

One thought on “Survival Race – zanim wydasz miliony monet sprawdź czy warto!

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: