Runmageddon Ultra – góry na wypasie, przygody na trasie i w komplecie na mecie.

No i pobiegłam.
Pierwotny plan był zupełnie inny. Początek sezonu miał wyglądać inaczej. Zupełnie inaczej. Ciężko przepracowana zima miała zaowocować absurdalnie zajebistą, nową życiówką na maratonie, przy której moje ubiegłoroczne 3:18 miało się schować. Tydzień po miało być pierwsze ultra. Dokładnie Runmageddon Ultra (47 km, przeszkód 150 +) co będę się rozdrabniać. Jak czerpać z życia to pełnymi garściami. Miałam tam zebrać resztki mocy po maratonie, po całej tej zimowej robocie. Zakładałam, że w ostateczności z ultra zostanie górski Runmageddon Hardcore (24 km, przeszkód 70 +)
W dniu maratonu zmieniło się wszystko. Z zaplanowanych 42 km, zrobiłam 21 i zeszłam z trasy. Pisałam o tym wcześniej (TUTAJ dokładnie) Tydzień później jechałam już do Myślenic. Właściwie to jechaliśmy całą gromadą: Bartek, Ola, Jarek, dzieci i dwa psy. Gdy telepaliśmy się piątą godzinę w głowie zaświeciła mi żarówka. Ale wiecie, nie taka mała jak w lodówce, tylko normalnie lampa błyskowa. Od tej pory tylko jedna myśl. Zrobię tę cholerne ultra i jeszcze stanę na podium! Odkuję maraton.

Trochę się bałam. Biegowo byłam przygotowana bardzo dobrze. Mateusz ze Sportmed zadbał o moją kondycję fizyczną i psychiczną. Bałam się gór, bo to żywioł, którego nie znam. Uznałam jednak, że tu uratuje mnie pokora i szacunek do natury. Przerażały mnie przeszkody. Niestety w tym sezonie, kiedy brakowało czasu to rezygnowałam z siłowni. Moje ciało było ledwie liźnięte ciężarem, ale zupełnie nieskalane porządnym targaniem żelastwa, takim pod zarzyg. Nie zaliczałam też biegu przeszkodowego od dawna. Moja sprawność na przeszkodach pozostawiała dużo do życzenia. Moją jedyną przewagą było bieganie. Kiedy wyłączałam mózg nogi niosły i nie pytały o drogę. Wiedziałam, że muszę to zrobić porządnie. W końcu na koniec świata ciągnęłam Olę i całą jej rodzinę. Dygali w te góry tylko po to, żebym ja mogła pobiec swoje ultra.

Bladym świtem zostawiliśmy z Bartkiem naszą bandę i ruszyliśmy spełniać marzenia. Rozgrzewka, zajęcie miejsca na starcie i rura… Poszłam w dym… To był przedostatni moment, kiedy zobaczyłam Bartka. Wywaliłam do przodu i wiedziałam, że teraz muszę szukać przyjaciół na trasie, albo jestem sama.

Początek przyjemny. Tup tup pod górkę. Ja kocham podbiegi. Te przyjemne pieczenie w czwórkach. Przypomniało mi się trenowanie do maratonu rok wcześniej, kiedy warszawska Agrykola i bemowskie Moczydło znały tupot moich stóp. Ustawiłam się na wygodnej pozycji z samymi chłopaczyskami i tak sobie dygaliśmy pod tę górkę. W sumie to trzymałam się z Rafałem Krajewskim. Zapewne go kojarzycie. Taki koleś co na starty przebiera się za baletnicę. Odpierdziela się na różowo i rura do przodu. Tak sobie razem biegliśmy. Ja w oczojebnych portkach od Nessi on odstawiony na landrynkę. Wyglądaliśmy razem uroczo :)
Po kilku kilometrach kątem oka załapałam Bartka. Był spory kawałek za mną, ale radośnie hasał z beleczką na plecach. Potem do naszej wesołej gromadki dołączyła Ania z Xrunners. Leciałyśmy razem i jej kolegą dobre kilka km. Troszkę gadaliśmy. Szanuję tę drużynę. Obiektywnie to… z Anią byłyśmy dla siebie konkurencją do podium. Mimo to nie przeszkadzało nam to by razem rwać mech pod stopami, a jej kolega nie miał problemu by podtrzymać mi tyłek na ścianie kiedy on usilnie ciągnął mnie do dołu. Odskoczyli mi na przeszkodach w drugiej części pierwszej pętli. Jak pisałam wcześniej… szło mi bieganie, ale odstawałam na przeszkodach, szczególnie wysokościowych. Jakoś mnie przeraża obserwowawnie świata z lotu ptaka i serio wolę to robić z zamkniętymi oczami.
Na półmetek wleciałam jako druga kobieta. Anka była już gdzieś na trasie. Ja w międzyczasie zmieniłam chłopaka Na pierwszej pętli zaliczyłam kilku kandydatów do podnoszenia tyłka. Ogólnie byli raczej chętni. Lekka dupa dobrze się podrzuca, więc o pomoc nie było trudno. Tylko kurde w takim biegu to ja potrzebowałam kogoś na dobre i na złe Takie skakanie z kwiatka na kwiatek do niczego dobrego nie prowadzi. Z pola widzenia zniknął mi mój różowy baletmistrz, a pozostali chłopcy nie trzymali mojego tempa. Jak sarna odskakiwałam im na bieganiu, a oni niczym wilki dopadali mnie na przeszkodach, które atakowali z impetem, a ja… no cóż… ja atakowałam je bardziej… taktycznie. Na zbiegach wstępował we mnie szatan. Nie rozumiem swojej logiki. Jestem zazwyczaj ostrożna, zapobiegawcza, a tu… Nie przerażały mnie wystające kamienie, nie bałam się upadku. Na wirażach wyrzucało mnie prawie w kosmos, a mimo to ani razu nie leżałam. Leciałam w dół pełną parą, ile fabryka dała. Jak to możliwe?
Drugą pętle zaczęłam z Sebastianem. To żołnierz. Idealna partia na biegowego kompana. Cierpliwy, spokojny i opanowany. Nie wiem jak on wytrzymał te moje kłapanie dziobem, ale razem dotarliśmy do mety. Nie zostawił mnie w krzakach gdy siadło mi kolano, a mógł… Na jednej ze ścian niefortunnie skoczyłam w dół. Źle oszacowałam wysokość… może dlatego, że robiłam to z zamkniętymi oczami… Przydzwoniłam kolanem w kamienistą glebę, że zabolało aż w biodrze, ale… trzymałam fason. Kur… tak mnie bolało, ale trzymałam fason… przecież nie jestem mięczakiem.

[nokaut-offers-box url=’/obuwie-do-biegania/reebok-all-terrain-super-3-0-obuwie-do-biegania-szlak-dust-grey-orange-pewter-4057287358030.html’]

Przez dalszą część drogi odciążałam obite kolano tak skutecznie, że zajechałam drugie. Zajechałam staw. W konsekwencji bolały mnie oba kolana i ból nie pozwalał zapier… na maxa na zbiegu. To dobrze. Mój anioł stróż był bardziej pokorny niż ja i dużo bardziej doświadczony w temacie górskiego biegania. Gdy rozpędzałam się zbyt mocno słyszałam tylko... Powoli, bo się zabijesz! albo Jeden zły ruch i po kolanie Skutecznie mnie to ograniczało, szczególnie, że moje kolanko dziwnie rotowało na zewnątrz kiedy tylko przestałam je kontrolować.
Wiecie, to bardzo ważne, by spotkać dobrego człowieka na trasie. Dzięki takiemu Sebastianowi to jeszcze Ilona nie zginęła… On pilnował bym na trasie jadła i piła, bo ja mimo pełnego plecaka na to nie wpadłam. Ostatecznie rozpracowaliśmy i jego i mój plecak :) Kiedy moje kolano szło sobie w inną stronę pilnował bym zwolniła, bo przecież to kolano, a właściwie oba były mi potrzebne jeszcze przez conajmniej kilkanaście kilometrów. Razem finiszowaliśmy. Byłam 3 dziewczyną na mecie. Jest podium! Wszystko po planie! To było 10 godzin walki o spełnione marzenie. Była to przyjemna przeprawa. Druga pętla spędzona na pogaduchach o spadochronach, wojnie w Iraku, misjach w Afganistanie. Było nawet o żmijach co wyłażą w górach na wiosnę... tylko głośnio przełknęłam widząc moje gołe kostki... Dobrze, że kiedy szliśmy przez potok nie było o krwiożerczych piraniach co ogryzają mięso do kości, bo bym chyba kazała się nieść na plecach :)


CHCESZ KUPIĆ ZEGAREK lub OPASKĘ TOMTOM?

skorzystaj z KODU RABATOWEGO:
ZEGARKI MamyRuszamy75_TTsports
OPASKA MamyRuszamyTouch50
www.ttsports.pl

Nigdy się nie spodziewałam, że na takim biegu dowiem się jak wygląda skok ze spadochronu, wraz ze szczegółami, które skuteczne zniechęciły mnie by taką aktywność podjąć :) Choć Sebastian zachwalał jak naljepsze ciasto od mamuni to … ja podziękuję!

Tak czy siak, przypadkiem lub nie Sebastian rozpracował mnie psychologicznie. Zagadał. Dzięki temu nie myślałam o tym, że mi kolanko skrzypi. Nie myślałam, że mi ciężko, mokro czy zimno. On w odróżnieniu do mnie miał całkiem dobrą orientację w terenie, więc widział gdzie jesteśmy. Miałam gwarancję, że nie stanę nagle zdezorientowana w jakiś krzakach. Kto mnie zna to wie, że ja gubię się na własnym osiedlu, a podróż autobusem za granicę mojej dzielni to jak wyprawa życia. Prawie jak na wakacje na drugi koniec świata. Ogólnie moje życie to jedna wielka podróż pełna niespodzianek, więc ktoś kto ogarnia jest na wagę złota.

Moja czarna lista uzupełniła się o jedną pozycję – wiem, że nie będę nigdy skakać na spadochronie. Natomiast moja złota lista skróciła się o jedno marzenie. Jednak gdyby nie ludzie, którzy są ze mną nie miałabym nawet odwagi by marzyć o rzeczach tak abstrakcyjnych jak taplanie się w błocie górskiego potoku przez prawie 50 km. Ola i Jarek dziękuję Wam za tę wyprawę. Wiem, że byliście tam tylko dla mnie. Gdyby nie Wasza pomoc, opieka nad Basią i życzenie rozwalenia systemu, to bym nie miała szans. Świadomość, że moje dziecko jest pod bezpiecznymi skrzydłami dawała wiatr moim skrzydłom. Dziękuję Tobie mężu, bo to Ty roznieciłeś we w mnie podjęcie tego wyzwania. Mateusz, bez Ciebie nie było by moich sukcesów. Nawet bym nigdy nie wiedziała ile mogę. Wiem, że często nie pochwalasz moich biegowych pomysłów, ale dziękuję, że mimo to ciągle ze mną jesteś i jeszcze mnie nie rzuciłeś. Rafał i Sebastian oraz chłopaki, których imiona są daleko z tyłu głowy… DZIĘKUJĘ! Za pomoc, za towarzystwo, za dobre słowo.

Za wsparcie sprzętowe, trenerskie i merytoryczne dziękuję:

Centrum Rehabilitacji SPORTMED
Producentowi odzieży biegowej NESSI
Producentowi zegarków biegowych TOM TOM
Producentowi obuwia sportowego REEBOK 

Dziękuję wszystkim realnym i wirtualnym znajomym, którzy każdego dnia dopingują mnie w sieci. Wasze wsparcie jest nieocenione.
Bardzo dziękuję również Tobie. Za to, że poświęcasz czas by poznać fragment mojego życia. Wracaj tu częściej, bo miło mieć przy sobie takiego kogoś jak TY :*

 

Dołącz do grupy aktywnym mam na FB:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Instagram, tam też jesteśmy:

iloolo11169053_10205109642593257_978717547_n

Ilona, mama, trener

Mama Basi, trener personalny: - instruktor lekkoatletyki - instruktor kulturystyki - instruktor fitness - trener Blackroll - trener TRX - trener PFS - trener Boot Camp

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: