Rower dla opornych, czyli jak nauczyć malucha jazdy na dwóch kółkach.

W życiu tak wiele zależy od nas. Mamy ogromny wpływ na sukcesy i porażki.
Bardzo często się okazuje, że nie tylko nasze osobiste, ale także naszych bliskich.

W naszym domu rower znany jest od zawsze. Kiedy tylko dziecię me usiadło na 4 litery to zasiadło w foteliku rowerowym i razem zwiedzaliśmy świat. Fotelik służył nam długo, całe 4 lata. W międzyczasie zaliczyliśmy rower biegowy, który też świetnie się sprawdził do 4 roku życia. Jednak nastał ten czas, kiedy z biegowego się wyrasta, małe dupsko na transport bagażnikowy staje się za ciężkie, swym ciężarem zaczyna napierać na felgę i dochodzisz do wniosku, że to już ten czas, aby odciąć rowerową pępowinę i wywalić młode z gniazda, a właściwie zwolnić bagażnik.

Wszystko jest super jeśli trafi Ci się egzemplarz otwarty na formowanie. Przesadzasz wtedy z biegowego na dwa kółka, popychasz za siodełko i jedzie. No dobra zalicza kilka dzwonów, czasem przytrąbi w latarnie, ale się generalnie otrzepie i próbuje dalej aż do skutku. Czasem jednak zdarza się jednak egzemplarz oporny. Taki co szybko się zniechęca, nie lubi zaliczać dzwonów i nie po drodze mu z brudnymi rączkami. Co więcej owy egzemplarz ani myśli wyprowadzić się na swoje koła tylko chetnie by jeszcze pojeździł na tylnim u mamuni.

Mówi się, że jak dziecko umie jeździć  na biegowym to potem od razu umie na takim co pedały oba posiada. Guzik prawda. Moje na biegowym wyczyniało akrobacje, a jak siadło na klasyka to było słabo.
Niezniechęceni jednak zaczęliśmy próby. Sięgaliśmy po różne rozwiązania, od klasyki po podstęp, by młode nasze nauczyć samodzielnej jazdy.

20160823_164833-01(1)

Na pierwszy ogień wjechał kij z tyłu. Co jakiś czas wytarabanialiśmy się z rowerem do parku, na równej alejce próbowaliśmy systemu…. malec jedzie, a Ty zapylasz z tyłu i trzymasz za kij. Nie szło. Młoda tak bardzo bała się, że się wywali, że musieliśmy wyciągnąć broń nr 2  czyli kółka boczne. Poszła jak strzała, tylko, że …. nie było progresu. Na 4 kółkach tarabaniła się samodzielnie, ale więcej z tym było kłopotu niż pożytku, bo co rusz gdzieś się klinowała, a dwa brak progresu. Na tych 4 kółkach by się nie nauczyła jeździć chyba do 30-stki. Kółka zatem wywaliliśmy i wróciliśmy do kija – bez sukcesu. I tak minęła nam jesień, zastała nas zima, więc nauki przełożyliśmy na wiosnę.

Zima była długa. Wiosną zaczęliśmy znów. Wróciliśmy do kija. Szło ciężko, bardzo ciężko. Bez widoków na sukces. Młoda się frustrowała, ja traciłam nadzieję. Ba może dziecko do roweru nie stworzone. Szukałam błędu. Wiedziałam, że błąd gdzieś jest, ale nie umiałam go zlokalizować. Po pewnym czasie BINGO! Rower to nic innego niż pamięć mięśniowa, prawda? To przyzwyczajenie naszych mięśni, całego naszego ciała do tego, żeby nauczyło się wykonywać pewne czynności. Jednak aby coś stało się nawykiem i zostało zapamiętane potrzebna jest REGULARNOSĆ i KONSEKWENCJA. I to był mój błąd. Na rowerowe nauki wychodziłyśmy rzadko i nieregularnie.

Konsekwencja i regularność to najskuteczniejsze środki do celu.

Po powrocie z urlopu powiedziałam sobie dość. Jak moje dziecko ma się nauczyć jeździć na rowerze to muszę wsadzić w to max wysiłku i zrobić wszystko co w mojej mocy, by ten mały człek zakumał. Powiedziałam małej B., że jesteśmy po urlopie, nasz budżet jest nadszarpnięty i do końca wakacji nie mamy kasy na bilet miesięczny i od dziś do przedszkola jeździmy rowerem. Minę miała trochę zaskoczoną, ale chyba moje argumenty były wyjątkowo silne skoro z pokorą ten fakt przyjęła.

Do przedszkola mamy 3,5 km w jedną stronę. Zatem plan był taki. Do p-la B. dyga na rowerze, ja wracam biegiem. Po południu, ja biegnę, a potem wracamy razem, ona na dwóch kółkach. I tak 5 razy w tygodniu, po rowerowych km dziennie. Brzmiało ambitnie. Pierwszego ranka wsadziła młodą na rower, złapałam za kij i hej przygodo!

To była najgorsza wyprawa ever! Trwała godzinę. Po chodniku jechałyśmy jak pijany zając z dodatkowo uszkodzonym błędnikiem. Jak dotarłam do przedszkola bałam się, że ręce to mi odpadną, tyle siły musiałam wkładać w trzymanie równowagi… swojej, młodej i roweru. Miałam dość, ale… ale przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo. Do domu wróciłam biegiem, czyli wszystko po planie. Droga powrotna była podobnym koszmarem jak poranek. Jednak ja postanowiłam, że się nie poddam, bo takiej porażki NIE ZNIESĘ!

Drugiego dnia było jakby ciut lepiej albo mi się zdawało. Trzeci i czwarty dzień całkiem znośnie. Młoda potrafiła już płynnie pedałować, z tym że na rowerze siedziała jak na kanapie. Powyginana jak paragraf, do tego kierownicą majta w każdą stronę. Było źle, ale ja widziałam progres. Piątego dnia zaczęła kumać o co kaman z równowagą i mi przyśpieszyła. Ja zaczęłam ja powoli puszczać samą i zapylać za rowerem. Zaczęłam truchtać. To był najgorszy moment. Nie jestem fanem biegania z …. wózkiem, z rowerem, ani z czymkolwiek co ogranicza ruch i psuje technikę biegową, z którą u mnie i tak nie jest dobrze. Wiedziałam, że muszę szybko wyczuć moment, by jeździła sama, bo inaczej ja zacznę łapać złe nawyki, źle stawiać stopy i ograniczać pracę rąk.

Dwa głębokie wdechy… B. uważaj, pilnuj pleców, trzymaj kierownicę. Jedziesz sama! Ja Cię nie trzymam!

20160823_162830-01
Sukces Twojego dziecka zależy w dużej mierze od Ciebie. To Ty jesteś dla niego wzorem i wsparciem.

Cała nauka jazdy na rowerze trwała 4 dni. Po 4 dniach moje dziecko praktycznie samodzielenie jeździ na rowerze. Oczywiście przed nami lekcje hamowania, bezpieczne skręty, wsiadanie i ruszanie. Ale… po 4 dniach moje dziecko jest na tyle samodzielne, że jedzie na swoim rowerze, na dwóch kółkach zupełnie sama. Jestem potrzebna tylko przy niektórych manewrach. Już drugi tydzień popylamy do placówki na dwóch kółkach, tzn. ja biegnę. Z dnia na dzień jest coraz szybciej, coraz pewniej. Ostatnio przeciągnęła mnie skubana 4.30 na km. Biorąc pod uwagę, że to miało być rekreacyjne truchtanie, to taką 3 kilometrową przebieżkę odczułam 🙂

Jeśli myślisz, że wyprawa pieszo – rowerowa to dużo czasu, to już wyprowadzam Cię z błędu. Pierwsze dwa dni były rzeczywiście ciężkie. Ale każdy kolejny… to dokładnie tyle samo czasu ile potrzebowałam na wyprawę autobusem. A zyskałyśmy bardzo dużo. Inny rodzaj budowanych relacji, umiejętność jazdy na rowerze. Ja zyskałam dodatkowo. Codziennie pokonuję dodatkowych 14 kilometrów, takich pozatreningowych. Wtedy kiedy mam Baśkę i rower mam całkiem przyjemny trening zmienności. Kiedy wracam i dygam ponownie do przedszkola pokonuje dystans 2 x 3,5 km. Dystans treningowy to to nie jest, ale jest to idealny moment by pobiegać aerobowo i przyjrzeć się technice biegowej. To idealny moment, czas kiedy nie muszę skupiać się na wytrzymałości tempowej, na szybkości, ale mogę te kilkanaście minut poświęcić technice biegania. Pilnuję wtedy ustawienia ciała, kontroluję ułożenie stóp i czas ich kontaktu z podłożem, zwracam uwagę na pracę rąk, staw skokowy i szlifuję inne elementy, na które zazwyczaj brakuje czasu.

Chcesz by Twojemu dziecku się udało? To zacznij od siebie. Jeśli Ty weźmiesz się w garść, przejmiesz rolę nauczcyciela i wytrwasz w tym postanowieniu… to pójdzie Wam to o wiele łatwiej niż myślisz!

Dołącz do nas! Każdego dnia dajemy sporą dawkę silnej motywacji:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpgInstagram:

iloolo11169053_10205109642593257_978717547_n

 

Save

Save

Ilona, mama, trener

Mama Basi, trener personalny: - instruktor lekkoatletyki - instruktor kulturystyki - instruktor fitness - trener Blackroll - trener TRX - trener PFS - trener Boot Camp

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: