LIFESTYLE,  PARENTING

Przeraża mnie dzisiejsze dzieciństwo.

Dałam luz we wrześniu. Uznałam, że bedzie to czas adaptacji w szkole. Wypracujemy systemy, które pomogą nam się ogarnąć i będzie szło gładko. Zrobiłam rekonesans. Zalazłam zajęcia dodatkowe, całe mnóstwo, do wyboru do koloru. B. chce szachy, gimnastykę, ceramikę i jakieś plastyczne. Wszystko znalazłam. Tylko… każde z nich 2x w tygodniu, minimum 60 min, a czasem i 90, no i do tego dojazd. Kiedy, kurde, ja się pytam? Gdybym temu dziecku władowała nawet jedne z tych zajęć do grafiku, to zabiera nam to około 3h x dwa wieczory. Przy założeniu, że ze szkoły przychodzimy koło 16 to mamy szybko podwieczorek, o 17 jedziemy by być na 18, w chacie lądujemy na 20 i….?

Postanowiłam być złą matką. Wypiełam się na te wszystkie  super instytucje, które zachęcają do swoich zajęć, bo to inwestycja. Pieprzę taką inwestycję. Raz wpadliśmy na jakieś pokazowe zajęcia. Dzieci były zabrane do odzielnej sali, rodzice czekali. Zapytałam młodej jak było, czy poznała jakieś inne dzieci … odpowiedź mnie przygniotła…. mamo, no co ty, nie było czasu. Mieliśmy tyle roboty, że nie było kiedy gadać.
Serio? To o to chodzi? To o to chodzi, by wyciskać z tych dzieci maxa możliwości i ciągle ich uczyć, wymagać, wkładać do głowy? A gdzie miejsce na to by mogły pobyć same ze sobą? Gdzie miejsce na ich osobistą kreatywność. Ciągle jest zrób to, teraz to, teraz tamto, bo… kiedyś ci się przyda.

Zbuntowłam się. Wiem, że pewnie było by mi lżej gdybym zawiozła dziecko z punktu A do punktu B, ktoś by je ogarnął i potem oddał ze zdobytą umiejętnością… Tylko czy to by było najlepsze rozwiązanie dla mojego dziecka?

Ostatecznie, zapisałam młodą na co się dało w czasie świetlicy. Na wszystko czyli 1x 45′ gimnastyka artystyczna i 1x 45′ gry i zabawy sportowe. Na więcej nie zapisałam, bo wiecej nie ma. Nie rozumiem dlaczego w szkołach nie ma możliwości korzystania z dodatkowych zajęć w godzinach świetlicowych kiedy dziecko ma bardziej chłonny umysł niż o 18 i może mieć po prostu urozmaicony czas, który i tak spędza w szkole. Myślę, że nie jest to kwestia finansowa.

Dodatkowo chodzimy na warsztaty artystyczne raz w tygodniu do pobliskiej kawiarni. Obecność deklarujemy z zajęć na zajęcia, nie musimy wykupić rocznego karnetu i zobowiązywać się do obecności 2x w tygodniu. Idziemy kiedy młoda ma ochotę. Każdy blok zajęć dotyczy czegoś innego, więc nie ma czegoś takiego, że jak nie ma Cię dziś to jesteś do tyłu. Dwa razy w tygodniu mąż robi z młodą angielski. Wiem, nie jest metodycznie, ale z drugiej strony…  mąż mówi po angielsku lepiej niż wiele Pań nauczycielek, a B. w ciągu kilku tygodni nauczyła więcej niż przez 3 lata angielskiego w przedszkolu i ma na 45 ' indywidualnego tatę korepetytora, który uczy ją przez zabawę. Zajęcia mamy w domu, bez korków i dojazdu. Miód malina. Trochę polegliśmy na szachach, tu muszę znaleźć złoty środek. Młoda jest lepsza niż my oboje. Dostała dobre podstawy i mnie rozkłada na łopatki. Trenujemy w domu, pozwalając na kilka partyjek z komputerem.

Nie mam pojęcia czy system, który zdecydowaliśmy się stosować jest dobry, ale… ale mam chociaż pewność, że moje dziecko nie pada na twarz każdego wieczoru. Choć nasze życie to i tak niezły kołowrotek, to mamy czas na wypad do kina raz w miesiącu, na wspólny basen czy wypad do parku trampolin. W każdy weekend jesteśmy razem na jakimś bieganiu, pikniku rodzinnym, czy innej atrakcji typowo rozrywkowej. W tygodniu po szkole jest czas na zabawe samemu, na planszówki z rodzicami, zabawy plastyczne, wspólne czytanie, spacer z psem, wspólne gotowanie albo po prostu wypad po zakupy. Jest chwila na oddech i na to by po prostu pogadać. Gdybym przenosiła dziecko z zajęć na zajęcia pewnie nawet nie wiedziałabym o połowie jej małych wielkich problemów, o jej drobnych radościach i smutkach, a tak…. zanim mąż wróci z pracy mamy nasz babski czas, kiedy ja wychodzę na trening to wtedy B. ma czas tylko z tatą. Raz w tygodniu zapraszamy koleżankę ze szkoły lub sąsiadkę.

Jak na to wszystko patrzę to zastanawiam się jak inni rodzice to ogarniąją. Jak jesteście w stanie łyknąć szkołę, odrabianie lekcji, czas na zabawę i czas na wspólne spędzanie czasu, szczególnie na to ostatnie, z którego ja nigdy nie chciałabym rezygnować. Tak naprawde tylko wtedy czujemy, że jesteśmy rodziną, że mamy wspólne pasje, zaineresowania. Że robimy coś dla siebie, a nie bo trzeba, bo może zaprocentuje w przyszłości, a jak nie zaprocentuje?

Fot. Anna Smirnova


Sporo czasu poświęciłam aby powstał ten tekst. Teraz liczę na Ciebie, bo tworzymy, to miejsce również z myślą o Tobie. Bądźmy w kontakcie:


Strony: 1 2

Mama Basi, trener personalny: - instruktor lekkoatletyki - instruktor kulturystyki - instruktor fitness - trener Blackroll - trener TRX - trener PFS - trener Boot Camp

Jeden komentarz

  • Zielona

    W szkole do której chodzi moja córka, jest masa zajęć dodatkowych. Część z nich jest darmowa z Ogniska Pracy Pozaszkolnej, m.in taniec, plastyka, śpiewanie, nauka gry na instrumentach, zajęcia sportowe, korektywa, rytmika, i kilka innych. Świetlica też oferuje zajęcia dodatkowe, a gdy komuś mało to jest duży wybór zajęć dodatkowych płatnych. Niektóre zajęcia wręcz nakładają się na siebie.

    Jeżdżenie po szkole na zajęcia dodatkowe, w dużym mieście jest męczące dla dziecka i dla rodzica. My jeździmy na zajęcia po szkole dwa razy w tyg – dla mnie to jest max. Trzy popołudnia ma wolne, aby mogła spędzić czas z rówieśnikami na placu, zabaw, pojechać na rower, przejść się na spacer czy pojechac do kina, czy po prostu najzwyczajniej w świecie nic nie robić.

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: