Mój pierwszy maraton

Jakiś czas temu powstał nasz wirtualny team, który pozwala nam łączyć ze sobą mamy niezależnie od miejsca na ziemi.

Dziś zabierzemy Was do Torunia, do Moniki, która opowiedziała nam o swoim pierwszym maratonie, czyli XXXIII Maraton Toruński oczami matki. Monika jest mamą dwójki dzieci, 18-letniej Kai i 8-letniego Iwa, zawodowo siedzi w papierkach i zajmuje się zamówieniami publicznymi, po godzinach nadrabia brak ruchu w ciągu dnia.

mamy ruszamy Monika

Monika i jej pierwszy maraton:

„Myśl o udziale w maratonie zaczęła kiełkować we mnie, gdy w jednym z magazynów biegowych znalazłam ogłoszenie o wyzwaniu do przygotowania do startu na królewskim dystansie. Zgłosiłam się, nie zostałam wybrana, co nie oznaczało, że zasiane ziarno nie zaczęło kiełkować. Przewertowałam sporo materiałów treningowych, których w Internecie i prasie związanej z bieganiem jest sporo i zaczęłam ustawiać mimowolnie plany treningowe pod udział w maratonie (podbiegi, siła biegowa, długie wybiegania). Poza biegami włączyłam treningi wytrzymałościowe – z wieloma elementami crossfitu. Niemniej życie ma swój scenariusz i nie wszystko w okresie letnim zgrywało się z moimi oczekiwaniami treningowymi. Nie czułam się do końca gotowa na jesienny start, miałam sporo wątpliwości.

mamy ruszamy

Na początku września podczas rozmowy z jednym z moich biegowych kolegów zostałam namówiona na start w toruńskim maratonie, bo „w 6 godzin to nawet przejdziesz ten dystans”. Zapisałam się, ale nie byłam do końca przekonana, czy wezmę udział. W połowie września, w czasie treningu biegowego, spotkałam jedną z czołowych polskich biegaczek na dystansach ultra maratońskich. W czasie luźnej rozmowy ona także nawiązała do maratonu. Gdy powiedziałam jej o swoich wątpliwościach, co do możliwości przebiegnięcia 42 km, zapytała się, jak długo biegam, jaki jest mój najdłuższy dystans itp. Wysłuchała, a potem stwierdziła, że dam sobie spokojnie radę. No dobra, skoro inni twierdzą, że dam radę, to czemu nie spróbować?

mamy ruszamy maraton

Moje długie wybiegania były zazwyczaj w granicach maksymalnie 22 km. Jednego dnia po przerwie w dłuższych biegach ruszyłam w teren. Założenie: 30 km. Chciałam zobaczyć, czy dam radę i jak się będę czuła po. Piękna, jesienna pogoda sprzyjała, a nogi same niosły, choć zdecydowanie był to bieg w spokojnym, umiarkowanym tempie. Uzbrojona w różne wspomagacze i muzykę przemykałam znane sobie ścieżki. Gdy po 3 godzinach i 11 minutach osiągnęłam swój cel nie kryłam zadowolenia z przebiegniętego dystansu, ani stanu, w jakim byłam oraz faktu, że nie korzystałam z wspomagaczy typu żel energetyczny. Nie było takiej potrzeby. Byłam lekko zmęczona i czułam kolana, to wszystko. Gdy tego samego dnia poszliśmy do znajomych, którzy też biegają, cały czas byłam pytana, czy nie chcę się położyć. Bawiło mnie to, bo czułam się dobrze. Uświadomiło mi też, że i kolejne 12 km dałabym radę. Jednak im bliżej było do dnia startu, tym większy czułam stres.

mamy ruszamy Toruń

Maraton Toruński przez ostatnich kilka lat nie miał dobrej renomy, łącznie z faktem, że latem tego roku organizator go odwołał z powodów finansowych. Niemniej ponieważ to jeden z najstarszych maratonów organizowanych w Polsce, znaleźli się ludzie (głównie toruńscy biegacze), którzy podjęli się organizacji zawodów i zatarcia złego wrażenia po poprzednikach. Przy tak skromnym budżecie powstała kameralna impreza, poprzedzona wydarzeniami towarzyszącymi m.in. Twardymi Piątkami czyli biegami na dystansie 5 km w samym centrum miasta.

Poranek w dzień maratonu był zimny i mglisty. Dobrze, że czas maratonu zbiegł się ze zmianą czasu na zimowy, co dało możliwość wyspania się. Atmosfera wśród uczestników była bardzo na luzie. Po raz pierwszy spotkałam się z faktem, że kolejka do męskiej ubikacji była dłuższa niż do damskiej, a właściwie do damskiej w ogóle nie jej nie było. Fakt faktem, że na 498 osób biegły tylko 52 kobiety.

toruńń maraton

Trasa maratonu nie była zaskoczeniem – taka sama, jak w ubiegłym roku. Znam te tereny z biegów w ramach cyklu Łubianka Grand Prix Cross. Maraton rozgrywa się właśnie na terenie miasta Torunia i gminy Łubianka.

W zasadzie biegło się całkiem dobrze. Punkty odżywcze zorganizowane bardzo atrakcyjnie: banany, kawałki gorzkiej czekolady, batoniki, izotoniki, woda, w jednym  miejscu także ciepła herbata. Ustawione od 15 do 30 km co 5 km dawały możliwość doładowania energetycznego dla uczestników maratonu. Na 35 i 39 km znajdowały się punkty z wodą. Były też miejsca, gdzie biegliśmy pod zimny wiatr, który dawał nam popalić, przypominając, że to koniec października.

Biegłam w towarzystwie znajomych, więc szczerze mówiąc historiom związanym z bieganiem nie było końca, co sprzyjało umykaniu kilometrów w sposób niezauważony. Niestety od 17 km zaczęłam odczuwać „ciągnięcie” w biodrze, które do 26 km przeszło w dość odczuwalny ból. Nie umiem odpowiedzieć, co się stało, ale musiałam zwolnić właściwie do truchciku, co było lepszym rozwiązaniem niż chodzenie. Próbowałam przejść kawałek, ale gdy ponownie ruszałam czułam, że to nie dobry pomysł. Pomiędzy 26 a 36 km maratonu biegłam samotnie, ale to chyba raczej pomogło niż demotywowało mnie. Jakie myśli kołatały się po głowie? Przede wszystkim chęć dobiegnięcia do mety, pomimo bólu. Determinacja. Złość – głównie z powodu tego bólu, bo psychicznie czułam się dobrze i miałam ochotę biec normalnie. Koncentrowałam się na tym, że wszystko jest w głowie, więc ból także można przechytrzyć. Na 30 km przy punkcie odżywczym trafiłam na patrol medyczny, który poprosiłam o środki przeciwbólowe. Patrol niestety nie może dawać takich środków, w związku z czym panowie zmrozili mi specjalnym preparatem miejsce, w którym odczuwałam ból, a także posmarowali sporą warstwą maści przeciwzapalnej. Padło pytanie, czy chcę biec dalej. Odpowiedziałam, że tak, bo poza bólem nie odczuwam zmęczenia i jakoś dam radę te pozostałe 12 km.

mamy ruszamy Trouń

Faktycznie dałam radę, aczkolwiek ostatnie kilometry bardzo się dłużyły. Widziałam, że niektórzy z mijanych biegaczy byli już wykończeni, inni walczyli z własnym ciałem, a byli i tacy, którzy właśnie rozwijali skrzydła na ostatnich kilometrach. Mój bieg truchcikiem miał takie tempo, że kolega, który biegł ze mną ostatni fragment maratonu, a który ma nogi znacznie dłuższe od moich, stwierdził, że przy takim moim tempie on się przejdzie ten kawałek .

Od 41 km to właściwie biegłam już tylko z myślą, że zaraz koniec. Zagryzałam już wtedy zęby, bo ból coraz bardziej się nasilał. Gdy zobaczyłam moje ukochane dzieci 500 m przed metą, od razu poczułam się lepiej. Mimo zimna czekali na mnie, a synek przebiegł się kawałek ze mną dodając mi energii. Oczywiście padło pytanie: ”mama, a czemu tak długo?” Bez szarżowania dobiegłam spokojnie do mety i od razu poszłam do namiotu medycznego po środki przeciwbólowe. Czas netto 4h:59m:54s.

Podsumowując warto było wystartować, by zmierzyć się z własnymi wątpliwościami i strachem. Sprawdzenie wytrzymałości ciała i umysłu. Czy gdybym wiedziała, że spotka mnie taka przypadłość, to czy pobiegłabym jeszcze raz? Tak. Zdecydowanie tak.”

 

Dołącz do grupy aktywnych Mam:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpgInstagram:

ilo olo11169053_10205109642593257_978717547_n

One thought on “Mój pierwszy maraton

  • 02/11/2015 at 12:58
    Permalink

    Gratulacje. Jesteś wielka. Mój pierwszy jeszcze przede mną. Najbardziej właśnie boję się kontuzji podczas biegu. W końcu nigdy nic nie wiadomo.

    Reply

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: