Miło było cię spotkać.

Opowiem ci historię. Dziwną trochę. A wręcz dla mnie straszną. Tak, tak straszną. Dlaczego? Ponieważ zaprowadziła mnie do molocha pełnego nieszczęścia. Może lepiej będzie jak zacznę od początku. Chyba najlepiej zaczynać od początku?

Pod koniec marca jako, że Mamy ruszamy to ruszyłyśmy z Iloną swoje schaby na kurs instruktora fitnessu.


Chcesz dowiedzieć się więcej wskakuj ===> Instruktor fitness, a nawet dwóch. Kurs w w Mauricz Training Center. oraz ===> Anatomia funkcjonalna z fizjologią ludzkiego ciała – pierwszy moduł kursu instruktor fitness w Mauricz Training Center, 


Jedną z wielu cennych rad jakie usłyszałam na kursie było, to że w ramach nauki warto dygać na zajęcia fitness do różnych instruktorów. Nie, żeby kogoś oceniać. Tylko aby oswajać się z muzyką, aby uczyć się kroków, aby zobaczyć sposób pracy z grupą. Uczennica ze mnie pilna, więc tak się przeorganizowałam że czas wysupłałam. Przejrzałam grafiki najbliższych klubów. Wybrałam na każdy dzień jedne zajęcia, moim głównym kryterium była godzina rozpoczęcia i ilość czasu, którą muszę poświęcić na dotarcie do klubu.

Radośnie latałam sobie na te fitness. Aby oszczędzić czas staram się robić rzeczy przy okazji. Dlatego zawsze w drodze powrotnej miałam zaplanowane zakupy. Na zajęcia chodziłam zawsze rano. Po tym jak dzieciaki były już odstawione do szkoły. Wybuchająca skrzynka mailowa została sprawdzona i pożary udało się ugasić. Był jeden WYJĄTEK. Jednego dnia zaspaliśmy. Cały dom stanął na głowie. Wszystko szło nie tak jak powinno. Dlatego bez zastanowienia odpuściłam sobie wyjście na „brazylijskie pośladki. Fantazyjna nazwa zajęć, prawda? Gdy kurz poranka opad. Robota z grubsza została ogarnięta. Pomyślałam zerknę na grafik może będzie coś co mnie zainteresuje po południu. No i było. Sytuacja w domu pozwalała mi na wyrwanie czasu na praktyczną naukę fitnessu.

Standardowo w drodze powrotnej zatrzymałam się na stoisku z warzywami. Miała być botwinka. Dlatego między innymi zakupiłam młode buraki. Dlaczego to pamiętam? Nie mam kur… pojęcia. Może dlatego, że gdy nie mogłam pozbierać myśli po wszystkim te pierdzielone liście wystaw mi z torby. Zrobiło się nerwowo, a ty dalej nie wiesz o co chodzi? Zrobiłam zakupy. Obrałam azymut dom. Nagle słyszę cześć. Rozglądam się, a tam nasza była niania. Niania jest była, bo dzieci urosły a niania poszła do „poważnej” roboty. Swoją drogą nie wiem jak można pracować w „takim” miejscu i nie zwariować. No dobra lub nie popaść w alkoholizm. Chociaż może człowiek wie o sobie tyle ile sprawdził?

Po krótkiej rozmowie. Padło dziwne pytanie: co ty tu masz? Niania (niech tak pozostanie na potrzeby wpisu) pokazała palcem na moje zgięcie w łokciu. Dokładnie na czarną plamę, która w sumie pojawiła się znikąd. Wyskoczyła i była. Nie jest tak, że jej nie zauważyłam. Zauważyłam i zaakceptowałam. Nie zadawałam je pytań w stylu „po co przylazła?”. W codziennym zamieszaniu, zabieganiu czarna plama na ręku nie włączyła czerwonej lampki ostrzegawczej. Może cała energia zasilająca alarmy w mojej głowie została zużyta na dzieci? Niania odkąd około roku temu rozpoczęła pracę w Centrum Onkologii ma wyostrzone zmysły na nowotworowe przypadki. Pewnie przez ten czas zdążyła się już napatrzeć. Rozstawałyśmy się w dość niezręcznej sytuacji. Poprosiła mnie abym ruszyła zad do przychodni. Wiesz, żeby lekarz rzucił okiem.

Po zdawkowym cześć, skierowałam się do domu. Odwróciłam się i dodałam: miło było cię spotkać. Kur… jakie to było kłamstwo. Wcale nie było mi miło. Uczucia, które mi wtedy towarzyszyły nie miały nic z radością wspólnego. W tym danym momencie w mojej głowie gonitwa myśli. Jaki rak? Jaki czerniak? WHAT THE FUCK?

Następnego dnia zadzwoniłam do przychodni i umówiłam się do internisty. Minęła kolejna doba. Wyszłam z gabinetu i patrzyłam się na świstek papieru, który trzymałam w ręku. Skierowanie do chirurga onkologa. Następnego dnia był Dzień Matki. Nosz prezent dostałam. Szłam i ryczałam. Siadłam na ławce i ryczałam. Piękna była tego dnia pogoda. Gdy łzy mi się skończyły zadzwoniłam do Niani, aby zasięgnąć języka: co dalej? Wytłumaczyła, pomogła, skierowała gdzie trzeba. Za kilka dni byłam umówiona do onkologa.

Jakie to Centrum Onkologii jest przerażające. Wielki moloch, z tłumem ludzi, chorych ludzi. Takie miejsca mnie paraliżują. Tyle nieszczęście na jednym metrze kwadratowym. Finał wizyty: trzeba wyciąć i zbadać. Termin za dwa tygodnie. Jak ja mam wytrzymać dwa tygodnie ze swoimi myślami? Halo, halo. Przecież później na wyniki histopatologiczne czeka się kolejne dwa, trzy tygodnie.

Czerwiec i prawie cały lipiec, o trudny czas dla mnie. Starałam się jak umiałam żyć i nie skupiać się na wyniku. Starania, to jedno a codzienność to drugie. Ile ja przez te dwa miesiące rzeczy w swojej głowie robiłam ostatni raz w życiu. Emocje, które mi towarzyszyły …. oj może kiedyś wyleję je na klawiaturę.

Kilka dni przed moimi urodzinami odebrałam wynik. Farciara ze mnie. Pewnie przez sezon urlopowy wyniki było po ponad 3 tygodniach. Grunt, że znowu okazałam się wyjątkowa. Tej wersji cały czas się trzymam, nie jestem dziwakiem, jestem wyjątkowa. Coś co lekarz na wizycie określił wygląda jak czerniak … okazało się nim nie być. HURA! Tak więc w sobotę, w moje 35 urodziny wypijcie/wybiegajcie/wypoćcie za MOJE ZDROWIE. Kto co woli 😉

Z perspektywy czasu jestem pewna, że zawsze lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Lepiej działać od razu, niż gdy sytuacja wymknie się spod kontroli. Dlatego tu i teraz szczerze, mogę powiedzieć MIŁO BYŁO CIĘ SPOTKAĆ Nianiu <3 . Mimo blizny, która pozostała po naszym spotkaniu. Mimo tego co przeżyłam przez ostatnie tygodnie. Wiem, że dzięki kolejnemu niełatwemu doświadczeniu stałam się jeszcze silniejsza. Zaś codzienność odczuwam bardziej. Chyba wiesz o co mi chodzi?

 

Dołącz do grupy aktywnym mam na FB:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Instagram, tam też jesteśmy:

iloolo11169053_10205109642593257_978717547_n

 

Ola

Autorkami bloga są Ola i Ilona - obie to aktywne zawodowo i sportowo matki i żony, które każdy wolny moment poświęcają aktywności fizycznej oraz zgłębianiu wiedzy w temacie zdrowia, diety i treningu. Jednym z zawodów Oli jest dietetyk, Ilona jest instruktorką kulturystyki. Razem tworzą świetny duet nie tylko na gruncie zawodowym, ale także prywatnym.