Łemko Trail 30 relacja – Łemkowyna Ultra Trail.

Czy matka może mieć „szalone” marzenia? Może zacznę od tego, że po pierwsze matka marzenia może mieć. To czy są ona szalone, pewnie zależy kto to ocenia. Czy bieg górski na 30 kilometrów, to szalony cel? 22 października 2016 wyzwanie pokonania trasy Łemo Trail 30 podjęły się trzy nasze drużynowe mamy. Relacją z biegu dzieli się CZARNA (chcesz zobaczyć co więcej u Anki wpadaj na jej  konto na Instagramie ).

czarna

Kilka słów o Ance.

14 miesięcy temu miała cesarkę. Ponad 12 miesięcy temu wróciła do ćwiczeń, a 9 miesięcy do biegania. Od około 6 miesięcy biega w drużynie Mamy Ruszamy. ŁUT , to jej czwarty bieg górski po porodzie, a za razem czwarty w życiu. Zawodowo siedzi przy biurku i jest kadrową.

Czym jest Łemkowyna Ultra Trail?

ŁUT to ultra bieg górski w Beskidzie Niskim. Czego można się spodziewać? Pięknej scenerii i błotnistej trasy. Biegi rozgrywane są na dystansach: 150 km, 80 km, 70 km, 48 km, 30 km.

Łemko Trail 30

Trasa: Puławy Górne – Komańcza, Głównym Szlakiem Beskidzkim. Dystans: ok. 30 km (9% – asfalt; 91% – drogi leśne i gruntowe, ścieżki).  Przewyższenie: +740m/-735m. Limit czasu: 5 godzin.

 

Przed-bieg.

Wpadam z dziewczynami z drużyny Mamy ruszamy na start kilkanaście minut przed startem. Zrzucam depozyt, który pojedzie na metę. Wspólnie robimy parę fotek. Zaczyna mocniej padać więc z obawy przed zbyt szybkim wyziębieniem zakładam w pośpiechu kurtkę przeciwdeszczową. Nie ma już czasu na rozgrzewkę. Dobrze, że cokolwiek rozruszałam się rano. Nim się oglądam słyszymy odliczanie. Szybko włączam endomondo.

czarna2

Bieg. 3,2,1… i lecę.

Pierwszy odcinek jest po ulicy. Najlepszy moment aby znaleźć swoje miejsce. Zostawiam problemy i wszystkie sprawy za sobą. Sporo innych biegaczy również. Dziewczyny z drużyny biegną swoim tempem. Czołówki już nie widzę. Wrzucam w myśli tryb biegania, nie zwracam uwagi na mijane osoby. Jestem tylko tu i teraz. Sama. Pada mżawka. Temperatura około 10 stopni. Pod nogami błoto. Zaczyna się podbieg, rozgrzana zdejmuję kurtkę podczas szybkiego marszu. Gdy tylko mogę podbiegam i wyprzedzam kolejne osoby. Po paru kilometrach na otwartej przestrzeni wbiegam do lasu. Wśród drzew biegnę i napieram, a w głowie mam tylko jeden cel: zmieścić się w 4 godzinach. Przy panujących warunkach będzie ciężko. Czasami trudno jest biec, nogi w glinianym błocie rozjeżdżają się przy każdym kroku więc wtedy przechodzę co marszobiegu.

czarna3

Pokonuję kolejne kilometry. Czasami trudno utrzymać się na nogach. Pojawia się drugi cel: dobiec bez żadnej kontuzji. Przed sobą widzę przewracających się biegaczy. Odrobina błota na ubraniu czy butach nikomu nie zaszkodzi, ale już upadek na niepewny leśny grunt grozi nawet złamaniem. Biegi górskie to nie zabawa. Może być niebezpiecznie. Po około 10 kilometrach doganiam koleżankę. Chwilę biegnę razem z nią i jej przyjaciółką. Miło jest lecieć z kimś znajomym. Wymieniamy parę zdań i skupiam się dalej na utrzymaniu tempa. W okolicy 13 kilometra mijam Tokarnię. Dziewczyny trochę mi uciekają, ale nie przyśpieszam. Chcę utrzymać swoje tempo. Nie wiem jakie, nie biegam ze specjalistycznym zegarkiem. Przynajmniej na razie. W tej chwili mnie na niego nie stać. Wsłuchuję się w siebie i czuję czy mogę przyśpieszyć czy zwolnić. Moja metoda jest prosta i stosowana przez wielu biegaczy ultra. Ostre podejścia atakuję szybkim marszem. W miarę proste ścieżki lub łagodne podejścia pokonuję biegiem. Natomiast gdy jest w dół napieram całym ciałem i lecę na ile mi nogi pozwolą. Pomagam sobie też rękoma, dzięki nim panuję nad równowagą. W śliskim błocie robię małe kroki, bo wtedy łatwiej jest mi utrzymać się na nogach. Około 15 kilometra dobiegam do punktu żywieniowego. Wielu biegaczy staje i robi przerwę. Ja nie. Szkoda mi czasu na tą przerwę. Z poprzednich
biegów górskich mam rozeznanie i wiem ile wypiję – zabrałam na bieg 1 litr wody. Wystarczy przy tej pogodzie. Mam również 3 żele. Zaraz za tym punktem wciągam jeden podczas biegu i mknę dalej. To dopiero połowa drogi, ale w mapie którą dostaliśmy w jednym miejscu był błąd i punkt żywieniowy zaznaczony był adnotacją 20 km. Teraz już wiem czemu ten drugi odcinek tak mi się dłużył.

czarna4

Biegnę. Do pokonania spory jar z wartkim potokiem. Z zazdrością patrzę na biegnącą przede mną dziewczynę z kijami, które najczęściej pomagają przy pokonywaniu takich przeszkód. Jej nie pomogły, ląduje w wodzie, a ja jakimś cudem i z niewidzialnymi skrzydłami przeskakuję i lecę dalej przed siebie. Biegaczka coś krzyczy do mnie jak to zrobiłam że nie wpadłam, odpowiadam że nie wiem i za chwilę już jestem poza zasięgu jej głosu. Za parę kilometrów wpadam na łąki. Słońce przedarło się przez deszczowe chmury i razem z biegaczem z dłuższej trasy na 70 kilometrów (inne trasy na końcowym odcinku
pokrywały się z moją) żartujemy że nawet rzucamy cień. Po paru godzinach w deszczu poprawia nam to humor i biegniemy dalej. Niestety telefon z aparatem mam tak dobrze schowany w plecaku biegowym, że dotarcie do niego aby pstryknąć parę fotek zabrało by mi pewnie z 5 minut. Szkoda każdej minuty, lecę dalej. Padają pytania ile jeszcze do końca, odpowiadam że niewiele, a tak naprawdę to zostało jeszcze z 1/3 z mojej trasy. Skupiona na celu oddalam się z każdym metrem od mężczyzny, który biegł ze mną spory odcinek, nawet nie widziałam jego twarzy, ani numeru. Bieg zaczyna mi się dłużyć, natomiast nie brakuje mi sił i utrzymuję tempo. Żałuję że tym razem nie mam ze sobą mp3. Po jakimś czasie zauważam punkt
z pomiarem czasu i słyszę, że zostało około 5 kilometrów. Myślę sobie, około to może być zarówno 4 jak i 6, duży rozrzut. Wypieram wątpliwości i biegnę, bo przecież nie stanę. Kolejna myśl, przecież taki odcinek to biegam sobie ot tak treningowo, w parku na Moczydle lub innym Warszawskim pagórze i niby że już meta tuż tuż. Niekoniecznie jeśli ma się w nogach ponad 25 kilometrów. Więcej niż półmaraton, który
przebiegłam zaledwie tydzień wcześniej. Nie czuję jednak zmęczenia. Czuję że meta jest już blisko. Pojawiają się zabudowania. Jacyś ludzie, nie biegacze. Wybiegam z lasu na ulicę i widzę znak, że meta za 1350 metrów. Tylko tyle i aż tyle. Nie lubię „betonu”. Dalej biegnę po chodniku, dogania mnie zawodnik z trasy maratonu. Rozmawiamy pokonując razem ostatni kilometr, który ciągnie mi się w nieskończoność. Od nawierzchni czuję w stopach każdy krok. 350 metrów przed metą sporo kibiców. Każdy krzyczy że zaraz koniec, a mnie te twarde podłoże zmęczyło bardziej niż 29 kilometrów w błotnistym terenie. Wpadamy razem na metę. Zatrzymuję się i czuję niedosyt. Że to już po wszystkim.

czarna5

Po-bieg.

Zaraz po przekroczeniu linii mety otrzymuję medal. W formie dzwonka. Drżącą z adrenaliny ręką wyjmuję komórkę, wyłączam endomondo, trasa zarejestrowana. Spoglądam na tablicę z wynikami i jest sukces. Przybiegłam tuż przed upływem 4 godzin. Udało mi się. Podchodzę do biegacza, który dodał mi skrzydeł na ostatnim odcinku i dziękuję za ostatnie wspólnie przebiegnięte metry. Odbieram depozyt, przebieram się z mokrych ciuchów i czekam na pozostałe osoby z drużyny. Przed oczami mam jeszcze mijane łąki, drzewa, kolorowe liście, błotniste ścieżki i wartkie strumienie. Biegaczy którzy mnie wyprzedzili, jak i tych których ja wyminęłam. Wkrótce to będzie już tylko wspomnienie. Pora wrócić myślami do rzeczywistości.

 

Chcesz trenować z drużyną Mamy ruszamy? Szczegółów szukaj na fp Mamy ruszamy

 

Dołącz do naszej „matkowej” grupy! Każdego dnia znajdziesz tam sporą dawkę motywacji:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Jesteśmy też na Instagramie:

iloolo11169053_10205109642593257_978717547_n

 

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: