Hunt run – nie daliśmy się upolować!

Biegi przeszkodowe mają w sobie pewną magię. Nie wiem skąd ona się bierze, ale działa jak magnes. Spróbujesz raz i nie chcesz przestać. Chociaż po każdym takim biegu jest Ci zimno, masz siniaki i w upał 38 stopni zakładasz do roboty długi rękaw, bo inaczej ludzie pytają czy w Twoim domu wszystko ok, to jednak decydujesz się na kolejny raz.

Może dlatego, że są wyzwaniem? Może przyciągają innością? A może po prostu pozwalają Ci się sprawdzić i pokonać swoje lęki. Każdy z nas ma zapewne swoje powody i argumenty dlaczego to robi, ale jedno jest pewne… to świetna zabawa, choć może patrząc z boku tak to nie wygląda.

W tym sezonie zaliczyliśmy już RMG, potem Survival race, w ubiegłym tygodniu zostaliśmy zaproszeni na Hunt run. Z tego zaproszenia bardzo chcieliśmy skorzystać, bo o Hunt run mówi się dużo i dobrze. Podobno to jeden z tych lepiej zorganizowanych biegów typu OCR. Spróbowaliśmy i było…. było mega dobrze!

Na start zarzucamy Wam filmową zajawkę:

Ta impreza przeszła nasze najśmielsze oczekwania. Serdecznie polecamy Wam udział, bo w porównaniu do innych imprez tego typu ma na prawdę rewelacyjne zaplecze i organizację.
W związku z tym, że nikt nie lubi czytać dużo to najważniejsze rzeczy wrzucam w punkatach.

PLUSY:
1. Przeszkody!
To było genialne, bieg troszkę survivalowy. Większość przeszkód to przeszkody naturalne: rzeka, bagna, wąwozy, strome pagórki. Zasadzki zastawione przez człowieka były nieliczne. Organizator fantastycznie wykorzystał naturalne ukształtowanie terenu i zrobił bardzo wymagającą i ciekawą trasę, która potrafiła zaskoczyć. Ja osobiście uwielbiam biegi, które wykorzystują to co natura dała. Mają więcej klimatu, są większym wyzwaniem i …. masz to poczucie, że walczysz z naturą, a nie jakimiś pierdołami uwieszonymi na dźwigu, które postawił człowiek. Podczas Hunt run było dużo wody. Uwielbiam wodę, nawet to cholerne bagno po szuję mi się podobało. Wody było tak dużo, że nawet mogłam sobie popływać, a tego nie planowałam 🙂

2. Dajcie nam wody!
Brawo Wy! Dla mnie to był pierwszy bieg, gdzie na trasie 5 km były dwa punkty nawodnienia.  Osobiście nawet tyle nie potrzebowałam, ale wierzę, że Ci co zaliczali start w sobotnim mega upale byli organizatorowi za to bardzo wdzięczni. Dla mnie było to bardzo pozytywne zaskoczenie.

3. Bezpieczeństwo!
To chyba jedyny bieg, który zaspokoił moja potrzebę bezpieczeństwa. Organizator obstawił trasę dużą ilością wolontariuszy, którzy bardzo dobrze orientowali się w tym co robią. Dobrze kierowali trasą, udzielali wskazówek, a raczej ostrzegali przed niebezpieczeństwem. Dla niewtajemniczonych… biegacze startowali w sobotę i niedzielę. W sobotę było piekielnie gorąco. W niedzielę natomiast lało jak z cebra. To załamanie pogody miało ogromny wpływ na jakość i trudność trasy. Zarówno podbiegi, podejścia, jak i zbiegi, zejścia i ślizgi były zdecydowanie bardziej niebezpieczne i bardzo wyślizgane. Tu ogromny szacunek dla organizatora, który błyskawicznie zareagował. W niedzielę na trasie, w punkach najbardziej niebezpiecznych rozstawieni byli ratownicy medyczni, którzy mogli reagować natychmiast gdy się tylko coś wydarzyło. Ponad to byli dobrym supportem dla wolontariuszy. Kolejny plus za reakcję na przeszkodach sztucznych. Wysokie ściany były tak śliskie, że łatwo było stracić na nich kostki. Po pierwszej serii organizatorzy podjęli decyzję o przemodelowaniu niektórych przeszkód w taki sposób, by były bardziej bezpieczne. Ja się akurat na ułatwienia nie załapałam, ale swych pelców użyczyła mi Ola 🙂

4. Klimat!
Nie potrafię powiedzieć dlaczego było tak fajnie. Może dlatego, że do Bałtowa trzeba było się wybrac i wydać sporo kasy to i uczestnicy imprezy byli mniej przypadkowi? Może trafiłam na dobrą falę. Ciężko powiedzieć, ale było bardzo fajnie. Tak przyjacielsko. Ludzie sobie pomagali. Ja biegłam z zamiarem wyniku, nikt nie robił mi problemu na trasie. Wolniejsi puszczali szybszych, żeby Ci mogli się sprawdzić. Ogólnie czuć było współpracę. Mi osobiście pomógł bardzo chłopak na bagnach. To była śmieszna sytuacja.
– ” Ej, potrzebuję pomocy, pomożesz mi?” – mówię do rosłego mężczyzny
– „No jasne” – prawie nadstawia plecy, jak bym tam się prawie topiła.
– „Wiesz, bucik mi trzeba zawiązać, bo mi czipek lata. Sama nie mogę, bo mi nóżka grzęźnie”

Taką mi kokardę wywiązał, że aż potem nie mogłam się z czipa uwolnić 🙂 Dziękuję :*

MINUSY:
1. Pakiet startowy!
Pakiet startowy to koszulka i czip, bardzo ubogo.

2. Nagrody!
Nie wiem co było za pierwsze i drugie miejsce, ale wiem co było za trzecie. Osobiście uważam, że jeśli budżet na nagrody jest ograniczony to lepiej nagradzać tylko medalem i statuetką.
A tak serio to ja chętnie bym przyjęła w nagrodę pakiet startowy na kolejną edycję. Jak dostałabym podwójny to już w ogóle byłabym przeszczęśliwa, bo mogłabym zaprosić przyjaciela.

3. 5 zeta za zdjęcie!
Chcesz zdjęcie na ściance to wyskakuj z 5 zeta. To jakieś takie było nie fajne. Nie potrzebuję papierowego świstka z automatu. Chcę zrobić sobie sama, swoim sprzętem zdjęcie ze swoją drużyną i móc od razu pokazać je światu za pomocą internetów.

4. Ale czym to przypiąć?
Dostaliśmy czip i numer startowy, ale zabrakło agrafek. Nie było alternatywy. To znaczy była. Spinacze biurowe. Tylko ten… jak to tak se ? Ogólnie uważam, że przyczepiane nr startowe na tego typu bieg to kiepskie rozwiązanie. Stary runmageddoński sposób na pisanie nr na ręce czy twarzy jest jednak niezawodne. Ostatecznie poleciliśmy w czipach, z numerami zapisanymi na ramionach. Dało radę 🙂

ODE MNIE:
Wiem, że pewnie nie będę obiektywna, bo każdy punkt widzenia jest subiektywny i to bardzo.
Z pełną powagą i przekonaniem mogę powiedzieć, że był to NAJLEPSZY bieg przeszkodowy, w którym brałam udział. Żali mi było, że startowaliśmy w niedzielę, bo jeśli start zaliczylibyśmy w sobotę to w niedzielę zapewne byłaby powtórka. Żal mi też troszkę, że lecieliśmy tylko 5km, ale w sobotę musieliśmy jeszcze poprowadzić trening, więc nie dało się być w dwóch miejscach jednocześnie.
To był bardzo udany, rodzinny weekend. Tak, może to zabrzmi dziwnie, ale my tak spędzamy wolny czas z dziećmi, rodziną, przyjaciółmi. Zadokowaliśmy się w okolicznej wsi. Wynajęliśmy poddasze domu z podwórkiem i psem i mimo, że zabraliśmy nasze miejskie dzieci do wsi gdzie „psy…” znacie to powiedzenie, nie? gdzie nie było zasięgu, internetów i ogólnie z cywilizacją słabo to powiedziały nam, że był to super wyjazd i go nie zapomną.

OGŁOSZENIE PARAFIALNE!!!

Nasze kochane Matki Wariatki!
Zauroczone przeszkodami planujemy kolejny start.
Rozważamy start w sierpniowym RUNMAGEDDONie
A jak wiadomo czym nas więcej tym weselej!
Chcesz wystartować w RMG jako Mamy ruszamy?
Chcesz się z nami do tego startu przygotować?
A może chciałabyś wystartowac razem ze swoim mężem?

Aktualnie ogarniamy zebranie drużyny na start 21 sierpnia 2016r.
Chcemy wystawić zaróœno drużynę rodziców jak i dzieci.
Jeśli bieg przeszkodowy przeszedł Ci kiedykolweik przez myśl…

… to jest właśnie Twój moment!

Napisz do nas na trening@mamyruszamy.pl i zapytaj o szczegóły!

A tu obejrzycie naszą ucieczkę od cywilizacji w formie foto. Oprawę foto i video na swe plecy przyjęła Ola. Podobnie jak opiekę nad 3 małymi dzieciami i jednym dużym dzieciem.

 

Ilona, mama, trener

Mama Basi, trener personalny: - instruktor lekkoatletyki - instruktor kulturystyki - instruktor fitness - trener Blackroll - trener TRX - trener PFS - trener Boot Camp

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: