Choroba zmotywowała mnie do przebiegnięcia maratonu

Od czego tu zacząć? Pewnie od początku. Tylko jak to wszystko się zaczęło? Chyba jak wiele rzeczy w życiu trochę przez przypadek. Pewnego pięknego dnia Ilona oznajmiła wiosną biegniemy maraton. Stwierdziłam czemu nie, w końcu po mojej małej głowie (obwód głowy mam jakiś taki nie za duży, dział dziecięcy z czapkami się sprawdza) chodziła ta myśl. Bardzo chciałam móc nazwać siebie: maratończykiem. Tak określiłam swój cel: przebiec maraton. Bez zaznaczania czasu, po prostu mam stanąć na starcie i dobiec do mety najlepiej jak mogę danego dnia i na ile zdrowie pozwoli.

maraton

Była jeszcze druga strona medalu. Pomysł świetny. W życiu przez ostatnie lata staram się robić, to co podpowiada mi serce. No, ale jest jeszcze rozum. A rozum mówił: zdrowie na pierwszym miejscu. Jesteś chora (tak jestem przewlekle chora, dopadły mnie choroby autoimmunologiczne lecz dzielnie z nimi walczę) i zdrowie to twój priorytet. Wzięłam pod uwagę za i przeciw. Stwierdziłam, do maratonu jeszcze kilka ładnych miesięcy. Zacznę treningi pod maraton, a gdy poczuję, że to dla mnie zbyt duże obciążenie, to przecież mogę zmienić cel. Chyba sama siebie oszukiwałam, ja i odpuszczenie? Ambicja mnie kiedyś może zgubić. Uprzedzając komentarze: w przypadku chorych osób, nadmierny wysiłek fizyczny nie jest wskazany, może narobić więcej szkody niż pożytku. Przez ponad 2,5 roku uczę się siebie. Odstawiłam leki, które brałam i którymi się smarowała (głównie steoridy) przez ponad 10 lat. W trakcie tego okresu „trafiły” się dwie zagrożone ciąże wspomagane farmakologicznie (w tym w obu przypadkach zastrzyki ze steroidów na rozwój płuc dzieci). Bo jak to stwierdzali lekarze, na których trafiałam nie mam innego wyboru, nic się nie da innego zrobić. Obserwuję swoje ciało i uczę się odczytywać jego sygnały. Nie martwcie się robię to pod opieką. Wnioski: jestem takim przypadkiem, który wszystko bierze do głowy, który wszystkim się przejmuje, który ciągle się stresuje. Bieganie, to taka moja antystresowa terapia. Gdyby nie bieganie pewnie … Nie ma co gdybać, mam przecież bieganie. Reasumując bieganie i ogólnie aktywność fizyczna daje mi dużo dobrego, bez niej jest mi źle. Pamiętaj to co jest dobre dla mnie, nie musi być dobre dla Ciebie.

mamy ruszamy

Ciało ludzkie jest takim sprytnym mechanizmem, gdy coś mu nie pasuje daje nam znak sygnał. Tylko jakoś my ludzie dwudziestego pierwszego wieku zagłuszamy te symptomy. Bierzemy jedną, drugą tabletkę. Psikamy tym i owym. Albo przyzwyczajamy się do dyskomfortu i przyjmujemy go za coś normalnego. Często słyszę: no tak mam wzdęcie, ale kto ich teraz nie ma? Albo: jak jem sklepowe słodycze od razu widać to na mojej skórze. No ale bez nich nie da się żyć. Masz wzdęcie, czyli to co jesz Ci nie służy. Po batoniku masz syfy na twarzy, omijaj je szerokim łukiem. Tu i teraz oczekujemy efektów. Chociaż wiele spraw potrzebuje czasu np. przygotowania do maratonu.

Wrócę do maratonu. Do maratonu trenuje się dużo – tyle teoria. W praktyce stwierdzam, że do maratonu trenuje się BARDZO dużo. Najbardziej problematyczna była długość poszczególnych treningów. Na trening trzeba było wygospodarować dwie, trzy godziny jednorazowo.  Przy dwójce dzieci, pracy zawodowej, leczeniu (o tym kiedyś Wam napiszę, muszę do tego dojrzeć)… Tak jak już Ilona wspomniała ogólnie ABSURDALNIE dużo czasu (Bieganie to odpowiedzialność ).

maraton

 

Przygotowanie szły dobrze. Po czym stwierdzam, że dobrze? Na koniec lutego wystartowałyśmy z Iloną w półmaratonie wiązowskim. Obie zrobiłyśmy życiówki. Do czasu, gdy wpadło mi i Ilonie dodatkowe zlecenie, a przyroda zaczęła budzić się do życia. Doba znacznie się skurczyła, a ja przez katar stałam się strasznie pociągająca.

Do ostatniej chwili nie wiedziałam czy stanę na linii startu. W odróżnieniu do większości ze startujących osób, dopiero na tydzień przed maratonem się na niego zapisałam. Co spowodowało, że w końcu to zrobiłam. Ta myśl, nie dam rady kolejny raz poświęcić tyle czasu na treningi. Albo teraz albo nigdy. Wszystkie myśli o spełnianiu marzeń na dwa tygodnie przed startem poszły w siną dal. Z euforią nie miało to nic wspólnego. Bardzo mało osób wiedziało o tym, że moim celem jest maraton. Na pytania czy biegniesz, odpowiadałam wymijająco. Dlatego w trakcie pokonywania maratońskiego dystansu słyszałam: ooo ty biegniesz? Myślałam, że tylko Ilona. Albo na kilka dni przed startem dostawałam od Was pytania gdzie umawiamy się, żeby kibicować Ilonie. Z jednaj strony było to zabawne, z drugiej chyba odebrała mi trochę radochy.

Tydzień przed startem sparaliżował mnie strach. Rozmowa z trenerem wyglądała nie zbyt kulturalnie: ja – „po co mi ten maraton? Pierd… nie biegnę. Trener – … nie pierd… biegniesz! (dziękuję że jesteś Mateusz Wroński ze Sportmed ). W mojej głowie w dalszym ciągu nie mieściło się, że można przebiec za jednym zamachem 42 km.

Pomyślicie, że to może nie był mój cel tylko cel Ilony i dlatego takie rozterki. Gdyby tak było, nie trenowałabym tak jak trenowałam. Uważam, że już na tym etapie zaczęłyby się schody. W końcu wiedziałam do czego mają mnie doprowadzić kolejne przebiegnięte kilometry. Treningi bladym świtem, późnym wieczorem lub w strugach deszczu. Zaobserwowałam, ostatnio pewną prawidłowość: ludzie adoptują cudze cele jako swoje. Może to przez łatwy dostęp do informacji dzięki mediom społecznościowym. Jedni biegają półmaratony, maratony, inni startują w biegach z przeszkodami, jeszcze inni  w triathlonie. Z ekranu naszego smartfona rzucają się w oczy kolejne sukcesy znajomych. Myślimy, no jak on to dlaczego nie ja? Tylko czy to jest dla Ciebie. Czy pomyślałbyś kiedyś o przebiegnięciu maratonu gdy nie fakt, że zobaczyłeś, że zrobił to ktoś kogo znasz? A może Twoja pasja to nie bieganie a szachy?

mamy ruszamy

Wystartowałam i dobiegłam do mety. Nie będę nikogo namawiać do pokonywania królewskiego dystansu, ani nikomu tego odradzać. Czy warto było? Tak warto, jestem MARATOŃCZYKIEM. Najważniejszy dla mnie jest fakt, pokonałam 42 km to co mi jakieś choroby, też dam im radę. Pewnie z leczeniem będzie jak w trakcie samego biegu. Od euforii po rezygnacje, przez płacz z zimna po płacz z radości. Będzie ciężko i długo lecz kiedyś czeka na mnie meta. A to co po drodze, w większości zostanie dla mnie i moich bliskich lecz będę się z Wami dzieliła moją drogą do upragnionej mety.

Paradoksalnie gdyby nie choroba nie byłabym tu gdzie jestem. Nie zainteresowałabym się wpływem odżywiania na zdrowie. Nie zrobiłabym tylu kursów. Nie pisałabym dla Was. A co chyba najistotniejsze nie poznałabym tylu wspaniałych ludzi. Życie niesie nam wiele przeciwności. Pamiętaj to ty decydujesz co z nimi zrobimy. Nie napiszę, że możesz wszystko, bo niestety tak nie jest. Możesz DUŻO, a na pewno możesz być SZCZĘŚLIWY.

 

Dołącz do nas! Każdego dnia dajemy sporą dawkę silnej motywacji:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpgInstagram:

iloolo11169053_10205109642593257_978717547_n

 

One thought on “Choroba zmotywowała mnie do przebiegnięcia maratonu

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: