Biegnij WARSZAWO! Biegnijcie Mamy ruszamy!

I pobiegła Warszawa!!! A my razem z nią!
Ty razem Mamy ruszamy w składzie:
Ilona Brusiło 00:43:35
Aleksandra Sulej-Dąbrowska 00:56:33
Agnieszka Oprzyńska 00:57:59
Magdalena Wojewódzka 00:55:22
Małgorzata Klucz – Dąbrowska 00:59:16
Joanna Kossakowska 00:59:38
Magdalena Branecka – maszeruję kibicuję!

12081543_971765579551590_187921551_n

Dla każdej z nas ten bieg mial inny wymiar, inny cel,  oczami każdej wyglądał inaczej…

Ilona:

Dla mnie był to pierwszy start w Biegnij Warszawo! Wcześniej nie było sposobności aby go zaliczyć, bo były inne priorytety. W tym roku przypadła moja kolej i w zwiazku z tym, że moim celem było zaliczenie wszystkich dużych stołecznych eventów biegowych to poleciałam.
Nie było to dla mnie wyjątkowe wydarzenie, mój kalendarz startowy jest tak napakowany, że start lub dwa co tydzień. Jak pomyślałam, że mam zapylać w słońcu 10 kilosów, że muszę ogarnąć opiekę dla Basi, bo mojemu meżowi wypadła akurat przygoda życia i wyjechał… to zanim nastał bieg miałam go serdecznie dość. Zaprosiłam jednak do siebie Agnieszkę z Olsztyna i wiedziałam, że nie mogę jej wystawić… bo jak to brzmi nasze motto Mamy ruszamy… W KOMPLECIE NA MECIE!

Fajnie, że ta Aga przyjechała. Były babskie pogaduchy, wspólny bieg regeneracyjny, dobrze pojadłyśmy i w niedzielę rano tuż przed startem czekałą na nas u Oli kawa kuloodporna 🙂
Mąż Oli ogarnął dzieciaki wszystko było idealnie, tak spokojnie, jak bywa rzadko…
Nawet kolejka do tojtoja szła sprawnie dzięki czemu ruszyłam razem z moją strefą startową, a nie jak zazwyczaj – naciąganie majtów na tyłek, kiedy już trzeba lecieć 🙂
Biegło się ciasno. Tak to wyjątkowo ciasny bieg. Biegaczy w pip, dość szybko wpada się na wąskie gardło i lądujesz komuś na plecach. Ja tam nie lubię biegać powoli, więc jak się robi korek to sie delikatnie mówiąc wkur**am. Tym razem sporo razy się w ten sposób irytowałam. Było też cholernie gorąco, zmęczył mnie ten bieg. Życiówki nie zrobiłam, ale że znałam specyfikę tego biegu z opowieści to się nawet na nią nie nastawiałam. Jednak to co było fajne to sunięcie pomarańczową rzeką. Nasze koszulki „Mamy ruszamy” tak się pięknie wkomponowały. Może dzięki temu bardzo często słyszałam za plecami… Mamy ruszamy dajesz! Za te momenty uwielbiam starty. Ludzie nas kojarzą. Ten moment jak na całe gardło krzyczała do mnie jakaś ciężarna dziewczyna…. „Biegniesz Ilona! Mamy ruszamy! Już końcówka. ” No biegłam, co mi innego pozostało.
Najlepiej wspominam czas po przekroczeniu lini mety. Czekałam tuż przy medalach na dziewczyny. Ile ja wtedy spotkałam znanych/nieznanych twarzy!!! Ile wtedy usłyszłam ciepłych słów. W realu spotkałam buzie znane z IG, dziewczyny z grupy, wcześniej znane tylko wirtualnie. Zaczepił mnie jakiś znajomy mojego męża- skąd on u diabła wiedział o moim istnieniu?! To miłe uczucie kiedy czujesz, że społeczność biegaczy nie jest anonimową masą.

12071614_971775129550635_498525917_n

Ola:

No i znowu to zrobiłam, dałam się namówić na start, chociaż to nikt mnie nie namawiał po spotkaniu naszej maratońskiej sztafety (tu szczegóły 6 kobiet, 2 sztafety, 1 maraton) poniosła mnie chwila i po powrocie do domu zapisałam się na Biegnij Warszawo. A przecież miałam już do końca roku nie brać udziału w biegach ulicznych, a w biegu pod moją chatą, moimi standardowymi biegowymi ścieżkami, chociaż w sumie różnica jest taka, że nie biegnę ulicami tylko chodnikami i na co dzień obowiązują mnie czerwone światła, to już zapomnij. W sumie wyszło jak zawsze 😛

To była zwariowana, zabiegana i słoneczna niedziela. Po 10 rano dzwoni Ilona, że ruszają z Bemowa (ona, jej córka Basia i Agnieszka, która przybyła na ten bieg specjalnie z Olsztyna), a ja jeszcze latam po mieszkaniu w gaciach, na środku odkurzacz… lecz za nim zadzwonił domofon sytuacja była opanowana, a ja nawet ubrana.

Szybka kawa kuloodporna, przypinanie numerów startowych, pakowanie tony żarcia i ruszamy spacerem na start. Jest ciepło, bardzo ciepło. Jakoś tak poszło gładko, Jarek z dziećmi pożegnany, no i miejsce spotkania po biegu na wypadek nie zobaczenia się ustalone pomnik Górskiego (ha ha ha nie dziwię się, że ludzie dziwnie patrzyli na Agnieszkę gdy pytała gdzie taki pomnik jest, w końcu to nie ten stadion).

Sam bieg, jak to bieg był start i była meta, około 500 metrów przed nią na gapę dołączyła się do mnie moja Alka i odczepić się nie chciała, więc poleciałyśmy. Córa dumnie przebiegła metę i nastawiła się, aby otrzymać medal. Wyjątkowy, odróżniający ten bieg od innych, był czas po. Przeważnie łapiemy żarcie z pudełka lub trzeba stawać do gara, tym razem szybki prysznic i ruszyliśmy do restauracji, której nazwa pasuje bardzo do naszej rodziny, czyli Głodomory  (do rodziny Brusiło też 😉 ). Fajnie czasami jak ktoś tak pod nos postawi.

12067749_971765596218255_753500268_n
Foto nataliabiegajakszalona.pl

To był dobry dzień.

Agnieszka:

Jechałam do Warszawy z mieszanymi uczuciami. Był to dla mnie trudny czas. Jechałam sama. Wspomnę też, że mam problem ze startami. Najzwyczajniej się ich boję. Znajomi mówili: „Jedź. Będzie wspaniale. Zobaczysz to coś niesamowitego” Nie umiałam podzielać ich entuzjazmu. To tylko 10 km i aż 10 km.

Dzień startu był piękny i słoneczny, za piękny i za słoneczny jak na bieganie. Pierwszy stres dopadł mnie jak dostałam koszulkę Mamy Ruszamy. Każdy startujący dostał w pakiecie pomarańczowa koszulkę Biegnij Warszawo. My wyskoczyłyśmy w Mamy Ruszamy w kolorze fluo. Wiedziałam, że nie ma odwrotu. Trzeba biec, dobiec, nie zawieźć. Będą nas widzieli wszyscy. Stres rósł na sile.

Na samym starcie dotarło do mnie jak ogromna jest to impreza. Morze ludzi w pomarańczowych koszulkach chcących pokonać 10 km. Niesamowita atmosfera. Wspaniałe rozpoczęcie z muzyką. Czułam się częścią czegoś wielkiego, ważnego. Łzy cisnęły mi się do oczu.

Start. Ruszyłyśmy. Mamy wypruły do przodu. Silne babeczki. Ja spokojnie. W głowie myśl: „o Matko już biegnę” Na zakręcie pierwsze miejsce z dopingiem. Muzycy wystukiwali rytm na bębnach. Ludzie bili brawo. Nie jeden, dwie czy trzy osoby – całe tłumy. Jejku co za uczucie. Uśmiechałam się szczęśliwa nieświadoma co mnie jeszcze czeka. Rytm bębnów niósł mnie jeszcze kilkadziesiąt metrów. Niestety na 3 km zaczął się długi ok 1.5 km podbieg. Spokojnie noga za nogą. Pomyślałam : „O kurde ciężko i to między 3-5 km wtedy kiedy mam zawsze kryzys. Nawet nie ma połowy trasy a ja ledwo żyję” Rozejrzałam się. Każdy sapał. Nie tylko ja miałam tak ciężko. Słońce pięknie i mocno świeciło, za pięknie i za mocno. Było gorąco. Cześć ludzi już maszerowała. Pojawiła się myśl: „A może by tak zrezygnować?, pomaszerować trochę? Chyba nie dam rady. Kurde ale jak? Jak stanę Matki mnie zabiją:) Koszulka zobowiązuje.” Pomyślałam „O nie…Rusz dupę Matko, Dajesz! Tylko wbiegnę i sobie odpocznę. Będzie lżej” Po pokonaniu podbiegu. Szok!!! „Coo…? Żadnego zbiegu- Płasko! O nie……!” No tak mazowieckie, u mnie na Warmii górki, pagórki. Po podbiegu jest zbieg. Tu było płasko. No nic jakoś biegłam dalej.

Nagle wśród biegaczy biegnących obok usłyszałam ” Mamy Ruszamy dalej. Jesteście super. Powodzenia” Kolejny szok. Gościa pierwszy raz na oczy widziałam.Tylko się uśmiechnęłam. To mnie zmobilizowało i zdecydowanie dodało sił. Pewnie pomylił mnie z Iloną zatem wyprostowałam sylwetkę, wydłużyłam krok. Niech myśli, że to Ilona tak ciśnie.

Przez kolejne kilometry jakoś krok za krokiem zbliżałam się do celu. Pomarańczowa rzeka ludzi sunąca po ulicach Warszawy ciągnęła mnie do mety. Musiałam biec. W tym momencie doceniłam wspaniały doping i ogrom tej imprezy. Tłumy ludzi w koszulkach ” Maszeruję kibicuję”, żwawe oklaski, uśmiechy, dopingujące okrzyki, rytmiczna muzyka, bębny, roztańczone tancerki. To naprawdę pomagało i robiło ogromne wrażenie. Obcy ludzie kibicowali, przebijali 5, robili zdjęcia. Biegnij Warszawo to raczej ciasny bieg, biegacz przy biegaczu, ale to sprawia że czujesz jedność z tymi wszystkimi 11 tysiącami ludzi. Razem walczymy ze swoimi słabościami, myślami zmęczeniem na tym dystansie 10 km stanowiąc część czegoś wielkiego. Nagle po minięciu tabliczki z oznaczeniem 9 km teren zaczął znacznie opadać. Uff.. Jakoś się zrobiło lżej. Przyspieszyłam. To był już prawie koniec i jeszcze jak przyjemnie. Nagle zobaczyłam tatę – męża Oli, jednej z mam. Znajoma twarz. Boże jak dobrze. Stał tam gdzie się umówiliśmy po prawej stronie niedaleko mety i filmował bieg. To już był naprawdę koniec.

Na metę wbiegłam niczym gazela z uśmiechem i podniesionymi rękoma. Szczęście jakie mnie ogarneło jest nie do opisania. Wszystkie problemy zniknęły. Dla takich chwil się żyje. Coś niesamowitego. Zrób to kiedyś a poczujesz się najszczęśliwszą osoba pod słońcem. Zatem.  Biegaj Mamo Biegaj! Ruszaj Mamo Ruszaj!

12071462_971775166217298_1992850898_n

Asia:

Gdyby mi ktoś w marcu tego roku powiedział „Aśka, będziesz biegała z chęci nie z musu…” popatrzyłabym na niego jak na wariata. 5 października, kilka minut przed godz 12 stanęłam na starcie w pomarańczowej koszulce na moim 13 biegu. Tym razem Biegnij Warszawo!

Każdy start wzbudza we mnie niemałe emocje, strach czy dobiegnę… Atmosfera na starcie jak zwykle cudowna, tysiące biegaczy czekających na swój start a wśród nich Ja – mamuśka z Grodziska która tym właśnie biegiem chce zakończyć swój sezon przed powrotem do pracy. Ruszyłam. Przez pierwsze kilometry słońce świeciło po oczach – na szczęście miałam okulary 🙂 Przed czwartym kilometrem zbieram siły na podbieg, który w moim odczuciu nie był taki straszny jak o nim słyszałam. Piąty kilometr i upragniona woda , ooo taaak cudowna woda. Przez kilkaset metrów biegnę po nieszczęsnych kubeczkach i zastanawiam się gdzie kultura biegaczy.

Na trasie spotkałam kilku biegnących z dzieckiem w wózku. Jednemu z nich pomagam torować drogę a po kilkunastu nieudanych próbach wykrzykiwania „LEWA WOLNA” znowu nachodzi mnie myśl: no gdzie ta kultura. Ostatni kilometr trasy. Myślę już tylko o przekroczeniu mety i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu widzę moją córkę, która wykrzykuję: BIEGNIJ MAMAAAA! Mimo tego, że wiem jak bardzo cała rodzina dopinguje mnie na trasie i wiem, że gdzieś ich spotkam to zawsze jestem bardzo zaskoczona i szczęśliwa, że nie jestem tu sama. Biegnę ile sił w nogach bo wiem, że na mecie będzie na mnie czekał mój mały synek no i medal 12 w kolekcji…

12083812_971765559551592_1705377191_n

Magda:

I po co mi to było?

11: 40 W rękawie startowym co raz więcej ludzi. Jedni podskakują, drudzy się rozciągają, trzeci rozmawiają, jeszcze inni w skupieniu ustawiają sobie coś w komórkach.

No i ja.

Staram się wyglądać na wyluzowaną i niby pewną siebie, uśmiecham się do wszystkich wokół i zagaduję przyjaciółkę z którą biegnę (niebiosom za nią dziękuję bo gdyby  tam nie stała, pewnie bym uciekła).

11:45 Robi się ciasno. Puls przyspiesza ale jeszcze się uśmiecham, że niby fajnie.

Fajnie, że tyle nas biegnie! Prowadzący dla rozluźnienia każe nam podnosić ręce w bliżej nieokreślonym celu.

Juuhuuu!!! Ale się wszyscy cieszą, że tu są…

Dżizas czy naprawdę tylko ja chcę uciec?

11:55 Średnio co 10 sekund nerwowo spoglądam na zegarek. Każde kolejne zerknięcie przypomina, że to już za moment, już za chwilkę. Wszyscy wokół zajęci są poprawianiem słuchawek, ustawianiem muzyki. Wyglądają na skupionych.

A ja nagle czuję, że chce mi się siku. Stres, czy tak na serio? Znowu? Kurcze no, że ja nie mogę tak jak wszyscy skupić się teraz na starcie tylko szukam wymówek, żeby się urwać do toitoia…

Cykor.

12:00 Trzy… Dwa… Jeden… BUM!!!! Start, start!!!

Słabo mi, gorąco, znowu słabo, znów gorąco…

Jakby mi kazali teraz biec to bym biegła ale wszyscy stoją. No tak. Przecież biegnę w trzeciej strefie…

No to stoimy.

12:05 Wszyscy w pełnej gotowości przebierają nogami, nikt już nie gada. Znowu trzy, dwa, jeden… Start!!!

Tym razem ruszyła 2 strefa.

Nie no fajnie, super, uśmiecham się bo przecież co mi pozostaje? Atmosfera taka gorąca, prowadzący drze się do mikrofonu…

Gorąco. Właśnie. Gorąco jest. Nie spodziewałam się, że będzie tak ciepło… Może jest po prostu za ciepło, żeby dziś biec? A gdyby się tak jakoś bokiem wycofać, skoro jest tak gorąco?

„No i po co mi to było?”

O! Pomyślałam o tym dopiero teraz!

W pierwszych zawodach, w których brałam udział, ta myśl nękała mnie od samego rana.

Progres?

W końcu biegam już od jakiegoś czasu…

Właśnie. Chyba od tego powinnam była zacząć. Biegam od 2013 roku oczywiście z przerwami. Przerw jest w zasadzie więcej niż biegania ale cii…

Nie mogę powiedzieć, że lubię biegać. Mogę natomiast powiedzieć, że lubię pokonywać własne słabości a biegając napotykam je co krok.

W każdym razie w 2013 roku po raz pierwszy wystartowałam w biegu ulicznym i było to właśnie Biegnij Warszawo. Metę przekroczyłam z  czasem 1:02 uważając wtedy, że to absolutny szczyt moich możliwości.

Dziś, trochę  lepiej przygotowana, z półmaratonem na koncie idę licząc na życiówkę.

Może nie będzie tak źle?

12:10 Tłum ruszył. To już. Nie ma wyjścia. Trzeba biec!

Pierwszy kilometr śmignął w szoku, że to już. Na adrenalinie pobiegłam trochę szybciej niż planowałam.

Drugi kilometr- mam zadyszkę. Nic dziwnego, biegnę szybciej niż planowałam. Jak tak dalej pójdzie, zaraz skończą mi się siły.

Trzeci kilometr- SIKU! To jednak chyba nie stres. Na trasie zamiast podziwiać miasto, oglądam każdy krzak z nadzieją na znalezienie miejsca, w którym nie będzie mnie widać.

+100 w kategorii obciach.

Czwarty kilometr- podbieg. Rety kto to w ogóle wymyślił?!?  Jest ciężej niż ciężko…

Piąty kilometr- chwile po podbiegu jest miło ale tylko chwilę. Zaraz potem znów zaczynam szukać krzaka… Jest strefa z wodą a zaraz za nią stoi toitoi.

Szybka kalkulacja: męczyć się dalej czy stracić trochę czasu?

Zbiegam z trasy. Wiem, że tracę minimum minutę ale było warto. Jest lepiej. O niebo lepiej.

Szósty kilometr- wbiegam w okolice rodzinnego domu, park do którego przychodziłam z mamą, plac zabaw z dzieciństwa, mimowolnie się uśmiecham.

Nagle ich widzę. Stoją, czekają i  pełni skupienia wypatrują… Mnie! Mnie wypatrują! Na mnie liczą! Mi kibicują!!!

3x uśmiech tych, których kocham najbardziej i piątka przybita ze starszym synem  dają mi niesamowitego kopa energii.  Szkoda, że tylko na chwilę.

Siódmy kilometr się ciągnie. Nagle czuję zmęczenie. Głupia baba w słuchawce mówi, że zwolniłam. Nie wiem o co jej chodzi…

Ósmy kilometr- już mi się nie chce. W zasadzie czy to naprawdę taki straszny wstyd po prostu zejść z trasy? Nic wielkiego przecież…

„I po co mi to było?!?”

Ooo…!

Dopiero drugi raz sobie to mówię a to już dziewiąty kilometr! To się nazywa progres! Ta myśl daje mi energię na całe 10 kroków.

Ostatni kilometr- wiem, że będzie z górki i tylko to popycha moje nogi do przodu. Lecę na resztce sił, staram się pracować rękami, wydłużać krok, wyglądając pewnie jak pajac  ale mam to w nosie. Wiem już, że to ostatnia prosta. Teraz się nie poddam.

Ałłł…! Ktoś pryska mi gazowanym energetykiem w oko! Kto wpadł na tak idiotyczny pomysł, żeby na trasie biegu rozdawać puszki, słodkiego, gazowanego syfu?!? Ogarniam się. Nie poddam się, nie poddam.

Widzę ją! Już tylko kilkanaście kroków! Przyspieszam (no, no a skąd na to nagle siły?!?)

UDAŁO SIĘ!!!

META!!!!

Nogi jak z waty. Kop endorfin jest tak wielki, że teraz uśmiecham się bez przerwy. Już nie jestem zmęczona. Nagle jestem nieprawdopodobnie szczęśliwa.

Już wiem po co mi to było!!!

55:22, życiówka i morze satysfakcji, że znowu pokonałam największą przeszkodę- SAMĄ SIEBIE!!! 🙂

12092731_972165809511567_34669759_n

Gocha:

Jak na matkę trójki dzieci…

Pewnie część z was czytała artykuł o matkach frustratkach. Ja frustratką bywam, za to na codzień jestem matką udowadniaczką. Kto mnie zna, ten wie że nie lubie jak się patrzy na mnie „jak na matkę trójki dzieci”. Bo przecież jak na matkę trójki dzieci to: wyglądam dobrze, brzuch mam super ( jak na matkę trójki dzieci), no i biegam szybko i dużo ( jak na matkę trójki dzieci), nawet czytam dużo, choć nie pamiętam kiedy ostatnio czytałam…

Odkąd mój kolega nazwał mnie chodzącym inkubatorem ( w ciagu niecałych 4 lat urodziłam trzech synów), próbuje udowodnić wszystkim, a najbardziej sobie że się da, że się nic nie zmieniło, że nie zmieniłam się ja…

Ale od początku…

Zawsze byłam aktywna, ale biegania nie lubiłam nigdy, choć nigdy nie biegałam. Do tego stopnia nie biegałam, że na egzaminach na studia nie byłam w stanie przebiec 800 metrów. Pytacie ale jak to?? srakto, no nie dało się i już.

Dopiero odkąd jestem matką nagle wszystko się da: dało się zrzucić nadprogramowe kilogramy, dało się trenować kilka godzin dziennie, dało się przebiec 15km bez wcześniejszych treningów biegowych, w końcu z każdym biegiem ulicznym dało się poprawiać życiówki. I tak ja głupia blondynka myślałam, że zawsze się da..

Myślałam, że największy kryzys dopadnie mnie na sierpniowym półmaratonie,ale mimo że było to moje siódme bieganie od porodu, przebiegłam i nie umarłam na mecie. Byłam pewna że mimo braku regularnego biegania, życiówka w Biegnij Warszawo jest formalnością, bo przecież do tej pory zawsze się dało…

Już od początku zapowiadało się ciężko, bo Gutek budził się dosłownie co godzinę, by ostatecznie wstać o 4.30 rano, ale przecież od czterech lat wstaje w nocy niemal codziennie, o słabej diecie nawet tu pisać nie będę, bo przecież całe życie byłam na diecie. Przetrenowanie?? nie dotyczy- przecież czasami ćwiczyłam dużo więcej.Upał ?? jaki upał, upał to był 30 sierpnia.

O godz 10.45 spotkałyśmy się z Magdą, oddałyśmy 5 synów tatusiom, a same ruszyłyśmy na rozgrzewkę. Nauczone doświadczeniem, od razu poszłyśmy do toitoi, potem poprosiłyśmy fotografa o wspólne zdjęcie.Potem rozgrzewka, jeszcze raz kibelek i juz strefa startu na 55 minut. Atmosfera fajna, choć mniej podniosła niż przed BN. Stres jest ale mniejszy niż przed połówką, niby wszystko jak zawsze a jednak inaczej. Nowa skarpeta kompresyjna ślizga się w bucie i ciśnie w łydkę, telefon z trudem mieści się w nowej nerce, na szczęście muzyka w słuchawkach gra..

Startujemy. Pierwszy kilometr to jak wiadomo walka na łokcie choć mniejsza niż dwa lata temu. Jest dobrze- czas 5.12, drugi 5.33, potem troche wolniej, ale dalej wierze. I nagle muzyka przestaje grać. Biegnę dalej, ale czuje że jeśli zaraz się nie włączy, będzie źle. W słuchawkach dalej cisza, czuje że to już nie ten rytm, nie to tempo. Pan z endomondo informuje mnie że biegnę coraz wolniej.Czar pryska- skarpetka uciska bardziej, słońce grzeje bardziej dotkliwie, miasto jakoś mniej ukochane..

Walcze ale już tylko o to by dobiec. Dobiegam, czas 59.16 do celu 4 minuty, do życiówki 2…

Jestem zła, mam milion myśli: gdyby nie muzyka, gdyby nie skarpety,gdyby nie słońce i w końcu pojawia się ta najgorsza: gdyby nie Gucio..Przecież gdyby nie brak snu, permanente zmęczenie, brak czasu na treningi, gdyby nie odchudzanie…Gdyby nie to wszystko miałabym pewnie 55 minut.

Dostaje smsa że w k30 jestem 515, jest mi wstyd i po raz pierwszy marzę o kategorii „matka trójki dzieci”…

Bieg ten okazał się dla mnie życiową lekcją, już wiem że nie zawsze się da, że nie na wszystko mamy wpływ, może to ta muzyka, może to zmęczenie, wiem że musze zacząć na siebie patrzeć jak na matkę trójki dzieci, bo z matki udowadniaczki stanę się matką frustratką…

Magda:

„O nie! To już dziś… Nie dam rady” – z taką myślą się obudziłam, w dniu kiedy miałam dzielnie maszerować z moją mamą, kibicując biegaczom biorącym udział w Biegnij Warszawo. Ja też tam miałam być, udowadniając sobie, że potrafię być szybsza na dystansie 10km, ale niespodziewana kontuzja kolana, która już teraz wiem, że odsunie mnie od tej dyscypliny na dłużej niż tydzień, nie pozwoliła mi pobiec. Od rana szarpały mną nerwy, bo bałam się jak zareaguję na widok tylu tysięcy biegaczy. Pojechałam z mężem, który tego dnia zastąpił mnie na trasie biegu. Zobaczyłam metę i wolontariuszy rozwieszających medale, łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu. „Dam radę!” – powtarzałam sobie. Miałam wrażenie, że jestem jedyna w czarnej koszulce, widziałam wokół siebie tylko samych pomarańczowych ludzi, co wkurzało mnie jeszcze bardziej. Czas na rozgrzewkę i kolejny ból w sercu. Wtedy już nie wytrzymałam, bo to było uczucie silniejsze ode mnie, poryczałam się… Później spotkałam dziewczyny z Mamy, ruszamy! Ich uśmiech na twarzach dodał mi sił. Poczułam nagle, że nie mogę się poddać, że muszę dzielnie maszerować u boku mojej mamy. To między innymi dla niej byłam tam tego dnia. To był pierwszy raz, kiedy udało nam się (mi, mojemu tacie i mężowi) namówić ją, żeby się poruszała więc kijki w dłoń i do boju… Nadszedł ten moment, biegacze ruszyli, najpierw grupa I, a w niej śmignęła mi Ilona. Później grupa II, a w niej mój mąż i kolega, których nie udało mi się wypatrzeć. Na koniec grupa III i IV, w której dla mnie najważniejszym zawodnikiem był mój tata.

My – piechurzy udaliśmy się na nasz start, z Jackiem Wszoła na czele. Samochód ruszył, a my za nim. Atmosfera była niesamowita, ludzie w rożnym wieku, od najmłodszych w wózkach, po ludzi starszych, którzy widać było, że czerpią mnóstwo radości z całej imprezy.

Pierwsze spotkanie z biegaczami miało miejsce w Al. Ujazdowskich. Oczywiście przeszło mi przez myśl „jak ja im zazdroszczę”, ale szybciutko przegnałam te myśli, kiedy spojrzałam na moją mamę, dzielnie maszerującą ze mną. Byłam z niej bardzo dumna.

Wypatrywałam wsród biegaczy znajomych twarzy, ale niestety… było zbyt pomarańczowo Biegacze zniknęli nam z pola widzenia na skrzyżowaniu z ul. Piękną, ale już niedługo pojawili się wybiegając nam na przeciw.

Na pl. Trzech Krzyży wpadłam na genialny pomysł, żeby podejrzeć niektórych na Endomondo. No i okazało się, że nasza torpeda Ilona jest już na mecie, nawet na Facebooku już się zameldowała, mój mąż rownież ukończył bieg. Pozostała szansa spotkania na trasie taty, ale jak się później okazało, nic z tego. Oczopląsu dostawałam próbując bezskutecznie go wypatrzeć. Wszyscy przecież wyglądali tak samo, no może poza rycerzem i strażakiem, których podziwiam, że zdecydowali się w taką pogodę pobiec w takich strojach.

Po 1:00:38 dotarłyśmy z mamą na metę marszu. Czekali tam na mnie najbliżsi. Czy czułam niedosyt? Oczywiście, a oprócz tego żal, zwłaszcza gdy zobaczyłam medal na szyi mojego męża. I wtedy wydarzyło się coś czego się nie spodziewałam… „Ten medal jest dla Ciebie” Mąż powiesił mi go na szyi, przytulił mnie i powiedział „juz niedługo Ty też będziesz mogła biegać”.

biegnij warszawo

 

Dołącz do grupy aktywnych Mam:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Instagram:

 

ilo olo11169053_10205109642593257_978717547_n

 

 

 

 

Ilona, mama, trener

Mama Basi, trener personalny: - instruktor lekkoatletyki - instruktor kulturystyki - instruktor fitness - trener Blackroll - trener TRX - trener PFS - trener Boot Camp

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: