6 kobiet, 2 sztafety, 1 maraton

Zrobiłyśmy to – 6 kobiet 2 sztafety 1 maraton – właściwie maratony były dwa, tzn. jeden, ale przeleciany dwa razy! Niżej o nas, o naszej drużynie, o naszych emocjach… będzie długo, ale doczytajcie do końca 🙂

W PIGUŁCE:

27 września wystartował 37 PZU Maraton Warszawski. W 1979 roku w pierwszej edycji maraton ukończyło niespełna 1900 osób. Przez te lata wiele się zmieniło, a na pewno to, że maraton w tym roku można było przebiec sztafetowo w 3 odcinkach (ok 11,5 km, 9,5 km i 21 km) i dzięki temu byłyśmy tam i my – Mamy ruszamy!
Wśród sztafet złożonych z samych kobiet sztafety Mamy ruszamy! zajęły 3 i 4 miejsce z czasem netto 03:38:54 oraz 03:48:01.

sz2sz3Nasze wyniki:

  • Joanna Wosińska 01:00:28
  • Katarzyna Filip- Pasek 01:00:03
  • Ilona Brusiło 01:38:23sz6
  •  Natalia Ligenza 00:56:27
  • Barbara Osowska 00:51:17
  • Aleksandra Sulej-Dąbrowska 02:00:17sz4

ASIA:

Właściwie to miałam w tym biegu wcale nie biec… Po pierwsze wymiana rur w domu, po drugie kompletny brak formy ze względu na urlop, podczas którego nie biegałam wogóle. Ale jak to? Miałabym zawieść dziewczyny? Przeze mnie miałaby rozsypać się cała sztafeta? Ta myśl spędzała mi sen z powiek. No i się udało! Remont niespodziewanie przesunął się o dzień, a forma? Okazało się, że z nią też wcale nie tak źle. Ale po kolei…

Pierwsze wyzwanie dla startujących w biegach ulicznych to dotarcie na linię startu. Samochodem? Źle, bo ulice wokół pozamykane dla ruchu, a o miejscu parkingowym można zapomnieć. Komunikacja miejska? Niby lepiej, ale musiałabym jechać z przesiadką. Padło na rower. Jeszcze przywiązując rower do stojaka przed Stadionem Narodowym zastanawiałam się, dlaczego właściwie tak mało maratończyków wybrało ten środek lokomocji. Ale szybko to zrozumiałam. Gdzieś na szóstym kilometrze biegu porządnie odczułam to w udach… No i czułam już do końca – do 11,5 kilometra – z każdym krokiem coraz bardziej.

A przedtem? Od samego startu nie biegłam, a frunęłam – głos rozsądku z tylu głowy podpowiadał mi: „zwolnij, przecież nie trenowałaś; masz przed sobą jeszcze 11 km, więc zostaw sobie siły na potem, przyspieszyć jeszcze zdążysz; a co jak padniesz przed metą?”. Ale mnie bardziej niż moje nogi niosła ta atmosfera maratonu, wspólnego, wielkiego biegu. W końcu choć trochę, choć w jednej trzeciej, mogłam poczuć się jak prawdziwy maratończyk. Do tej pory startowałam najwyżej na 10 km, a na przebiegających co roku pod moim domem maratończyków tylko spoglądałam z zazdrością. I myślałam sobie, że może… pewnego dnia… No i teraz był ten dzień. Biegłam w Maratonie Warszawskim. Co prawda jeszcze nie dystans królewski, ale w końcu to maraton – wspólnymi siłami, w sztafecie, ale maraton.

No i właśnie tak niesiona emocjami i atmosferą i jeszcze świadomością, że przecież od mojego biegu zależy też wynik Kasi i Ilony, mijałam wszystkich maratończyków. Swoją drogą – uczucie bezcenne mijać innych na trasie maratonu. Możliwe tylko w sztafecie.

Najpierw, na pierwszym kilometrze, chciałam wydostać się z gęstego tłumu biegnących, by mieć trochę przestrzeni przed sobą. Gdzieś na trzecim, co prawda już się zrobiło luźniej, ale musiałam trafić na jakiegoś przesądnego biegacza, który najwidoczniej nie uprał koszulki przed biegiem „na szczęście” (ponoć są tacy, co wierzą, że założenie brudnej przyniesie im sukces). Ale co dla jednych jest szczęściem, to dla innych… no właśnie.

Dość długo biegłam w oparach czyjegoś szczęścia, aż nastał ten szósty kilometr. I moje nogi zaczęły stawać się coraz cięższe i cięższe. Lekkość, z jaką biegłam na początku zaczęła znikać, a moje tempo – spadać. Teraz nastąpił ten moment, kiedy rozpaczliwie zaczęłam wyglądać oznaczeń kolejnych kilometrów. W dodatku byłam już na prostej, która miała ciągnąć się aż do samiutkiej mety. Żadnego urozmaicenia, żadnego zakrętu, nic tylko prosty, długi Wał Miedzeszyński. W innej sytuacji pewnie uznałabym, że to idealna trasa – szybka, bez zbędnych „atrakcji”. Ale nie teraz, kiedy nie marzę już o niczym innym, jak o znalezieniu się na mecie, klepnięciu Kasi i puszczeniu jej dalej – niech ona teraz meczy się na nasz wynik. Nie teraz, kiedy każdy kilometr wydłuża mi się do co najmniej kilku, a wokół nie ma nic, co odwróciłoby moją uwagę od zmęczenia. I jeszcze ta myśl, że ci wszyscy biegacze wokół mają przecież do pokonania jeszcze osiem razy więcej kilometrów niż ja i dadzą radę. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, po co ja w ogóle marzę o tym królewskim dystansie…

Jak na złość akurat na tej długiej prostej przegapiłam kilka oznaczeń pokonywanych kilometrów i w końcu zobaczyłam kilometr dziesiąty. I teraz szybka kalkulacja: Czy już zacząć cisnąć? Czy raczej nie dobiegnę do końca w szybszym tempie? Trudno było mi to przewidzieć, bo bycie nie w formie sprawia, że nasz organizm i jego możliwości stają się jedną wielką zagadką.

Snując rozważania mniej więcej tej właśnie natury, dotarłam do miejsca, w którym z megafonu dobiegał głos „sztafeta w prawo”. No dobrze, tylko że cała prawa strona była odgrodzona taśmami. Przebiegłam kolejne kilkaset metrów, ale żadnego skrętu w prawo nie mogłam zrobić, bo nie było gdzie. Patrzę wokół siebie, szukam innych osób biegnących w sztafecie, ale nikogo takiego nie widzę – wszyscy kierują się prosto, przed siebie. W pewnym momencie pomyślałam, że może przegapiłam trasę sztafety i że biegnę już ze wszystkimi – do mety na 42. kilometrze i że już nie ma odwrotu… I już chciałam nawet przebiegać przez trawnik, na prawo, ale w porę ktoś pokierował mnie jeszcze dalej do przodu.

No to pędzę. Teraz już naprawdę daję z siebie wszystko. Już widzę moją metę, a oczami wyobraźni – tam gdzieś za nią – Kasię czekającą w pełnej gotowości, by przejąć „pałeczkę” (choć w tym wypadku Kasia miała czekać nie na pałeczkę, tylko na klepnięcie). Jeszcze tylko kilka ostatnich metrów, pełna mobilizacja, mięśnie pracują jak szalone. Jest linia mety! I… i nic. Kasi nie ma.

W ogóle nie ma prawie nikogo. Tylko jakaś porządkowa koniecznie chce, żebym zeszła już z trasy. Tak jakbym w ogóle nie biegła w sztafecie. No ale moja zmienniczka – przecież muszę ją klepnąć! A oni mi już zakładają medal na szyję i wręczają napoje. Szukam Kasi w tłumie ściśniętym za wąską bramką z boku, gdzie zbierają się drudzy zawodnicy sztafet. Nie wiem, jak oni mieli możliwość dostrzeżenia swojego nadbiegającego zawodnika w takim ścisku, tym bardziej, że nikogo nie wypuszczano na wąską w tym miejscu część trasy, w której miały dokonywać się zmiany sztafet.

Kasi nie ma. Czas pędzi jak szalony. Pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy – telefon! Numer miałam z nas wszystkich tylko do Oli. A ona przecież pewnie już ustawia się na swoim starcie, bo za chwilę ma biec w naszej drugiej sztafecie Mamy Ruszamy. Trudno, dzwonię, w Oli jedyny ratunek. No i uratowała. W sobie tylko wiadomy sposób zlokalizowała Kasię, oddzwoniła, żeby czekać i po kilku kolejnych minutach Kasia wlatuje na trasę, jeszcze w biegu zrzuca bluzę i długie spodnie, w końcu mogę ją porządnie klepnąć i… poleciała!

Muszę przyznać, że to najbardziej emocjonujący finisz, jaki przeżyłam. A o telefonicznym przekazywaniu „pałeczki” w sztafecie to chyba nikt jeszcze nigdy nie słyszał. Ale to NASZA sztafeta: ja, Kasia i Ilona wspólnie przebiegłyśmy maraton.

sz7

NATALIA:

Dzień Maratonu Warszawskiego. Biegniemy w sztafecie Mamy ruszamy, mam pierwszą zmianę, ok. 12km. Śpieszę się rano. Czasu mało, ale tu jeszcze mleko dla małej, tutaj dopakowanie rzeczy, tutaj zdobycie nr tel do Basi, która miała mnie zmienić, a której na oczy nie widziałam Gdy idę po schodach na stacji metra moja noga cierpi. Błaga, żeby jej nie obciążać. Nie zabierać na żadne bieganie, bo ona ma się nadal źle mimo tygodniowego restu od biegania i mimo masaży! Już na miejscu wtapiam się w tłum maratończyków. Postanawiam znaleźć Asię, która biegnie w ramach Mamy ruszamy na tej samej zmianie, co ja. Jako, że wciąż działało prawo serii, nie udało się nam spotkać ani przed ani podczas biegu, ale w ramach poszukiwań na 10 minut przed startem spotkałam się z Iloną. Przez naszą niewinną i krótką wymianę zdań nie byłam w stanie przecisnąć się do wybranego zająca na 3:15. Utknęłam na wysokości 3:50, gdy oficjalnie zaczął się maraton. Tłum powoli ruszył. Dopadła mnie taka złość, że biegłam jak narwana. Próbowałam wyprzedzać, gdy tylko pojawiła się jakakolwiek luka, nadrabiałam metry biegnąc raz po raz po skosie, bo gdzieś-tam-akurat wypatrzyłam opcję na przeciśnięcie się. Tym sposobem przeżyłam swój pierwszy w życiu bieg, gdy naprawdę rozważałam zejście z trasy Emotikon smile Na własne życzenie podczas krótkiego i przyjemnego dystansu prowadziłam taką heroiczną walkę, jakbym robiła górskie ultra! Noga pulsowała. Oddychałam jak grubasek na intensywnej lekcji wfu, na zmianę to wstrzymywałam oddech, to brałam głębokie wdechy, jakby chcąc nadrobić. Nie rozglądałam się na boki, nie zwracałam uwagi na kibiców czy fotografów, nie kojarzę ani jednej osoby z trasy, bo cały czas chaotycznie kogoś wyprzedzałam albo ktoś wyprzedzał mnie. Od 7 do 10km weszłam w tempo powyżej 5min/km. Plus całej sytuacji był taki, że pogrążona w chaosie straciłam rachubę czasu. „Sztafeta prawo, maraton prosto” – powtarzał głos z megafonu. W pewnym momencie ogarnęła mnie lekka panika, że źle wbiegłam w korytarz strefy zmian, a jeszcze tylko tego mi do „szczęścia” brakowało. Równolegle do mojej trasy widziałam już ludzi i nawet dopadłam jakiegoś pana pytając: „gdzie sztafeta, gdzie sztafeta??”. Przeleciałam przez strefę zmian tak, jak przez całą trasę – nie kontaktując. Nagle zatrzymuje mnie wolontariuszka, chce zakładać medal, a ja jej odskakuję, wołając coś w stylu: „NIE! Szukam Basi, gdzie jest Basia, Basia, Basia???” O matko. Zawracam i wypatruję jej pamiętając zdjęcie profilowe i wiedząc, że będzie miała drużynową koszulkę Mamy ruszamy Emotikon smile Jakiś chłopak się jeszcze zdążył ze mnie ponabijać, ale nic sobie z tego nie robię i widzę ją, JEST! Coś tam piszczymy na swój widok, pacnęłam ją i już poleciała! Na szczęście, z tego co wiem, biegło się jej o wiele przyjemniej niż dla mnie 🙂

sz5

BASIA:

Zacznę od faktu ,że była to moja pierwsza sztafeta w jakiej miałam okazję wziać udzial, plus fakt ,że wystartowałam w tak zacnym gronie reprezentując drużynę „Mamy ruszamy” emocje były niesamowite! Zwykle podczas biegów (nawet tych , a może przede wszystkim? treningowych) biegam z myślą o moim malym trzpiocie. Tym razem oprocz dedykacji dla synka bieglam z myślą o calej drużynie. „Nie możesz ich zawieść! Biegniesz w barwach Mamy ruszamy! Ciśnij! Inni na ciebie patrzą! Babeczki z trasy ci dopinguja!” oj i wiele innych, nawet niecenzuralnych, np. przy finiszu ku **a to już koniec? Tylko 100m do strefy zmian?! no ale jak to?! zaraz…gdzie mam biec? aaaa maraton na lewo! sztafeta na prawo!ok cisnę! przynajmniej tak mi sie wydawało 😛 ktoś z tlumu: „dawaj !dawaj! przyspiesz!” Wiem, że to bylo do mnie, bo jakoś tak pusto się na tym prawym pasie zrobilo, jak odłączyłam się od maratonu… no wiec przyspieszam, patrzę… stoi grupa osób oczekujących na zmianę… no i gdzie jest ta moja Ola? Tak sie rozpędziłam (nawet nie sądziłam że mam jeszcze tyle mocy w nogach, jednak doping robi swoje), że ledwo wyhamowalam w strefie zmian. Ktoś mowi:”szukaj ,szukaj” a ja matko gdzie ja cię Olu znajdę w tym tłumie” Panika, kuzwa…. tracimy czas …ale w końcu udało się, wypatrzyłam dwie oczoje***e żółte koszulki. Yes, yes, yes, mam Cię! „Ola, biegnij, biegnij!!”

Ale do sedna, co mi się podobało? Ogólnie atmosfera, przyjemna trasa, aczkolwiek dużo zakrętów, a przy tym tempo wolniejsze niestety… no ale cóż . Co mi się nie podobało? Organizacja stref zmian. No jak mną nerwy szarpały, jak zeszłam pod most w swoja strefę. Było jakoś kilka minut po 9, czyli maraton już wystartował,  rozglądam się za tym monitorem, który to miał wyświetlać numery zbliżających się zawodników, a jej nie ma. Super. Myślę jak będzie wyglądać ta zmiana? Wydzielone miejsce pomiędzy jednym a drugim namiotem, jakieś wąskie…no lipa. O! pojawił się monitor! Po jakimś czasie zaczęło się coś tam na nim wyświetlać. Świetnie. Nic nie widzę… ustawiony na wysokości wzroku a biegaczy coraz więcej, jakiś chłopak wyczytywał drużyny, ale tak nie wyraźnie, że masakra! No i bez nerwów a my przecież mialyśmy dwie wspaniale grupy ! Zrobilo się mega ciasno i nikt nic nie widzial, ale przynajmniej było mi cieplo;-) w kupie siła. Nie no sorry, poniosło mnie 😛

W końcu słyszę Mamy ruszamy i coś jeszcze, ale już nie ogarniałam bo zaczęłam się drzeć ” jaki nr?!”  Chyba z 5 razy aż w końcu ktoś będący bliżej monitora krzyknął mi „Twój”, No i tu się zaczęło małe przepychanko, żeby się przedrzeć przez tłum. Udało się. Szukam wzrokiem Natalki, jest. Skacze i krzyczy „Basia, Basia, biegnij! No i ruszyłam.

Według mnie, fajnie byłoby jakby po ukończeniu swojego odcinka, (po jakimś czasie, nie mówię, że od razu) wysyłali jakiegoś smsa z informacja o czasie danego zawodnika, albo od razu w jednym smsie info o czasie drużyny i jej członków. Powinna być też klasyfikacja ze względu na płeć całej sztafety, bo jak mamy się porównywać do facetów, przecież natura ich troszkę inaczej wyposażyła.

Mam takie ogólne wrażenie, że utworzyli tę „konkurencję” bez jakiegokolwiek większego przygotowania. Owszem, był ” korytarz ” do zmian, ale jakoś nie było wszystko, jak to mówią, ” dopięte na ostatni guzik” . Nigdzie, nic o tym wydarzeniu nie było słychać,  było, ale jakby go nie było. Dziwnie tak. No chyba, ze za mało szperałam w sieci, w sumie nie ważne. Mimo wszystko mały niedosyt.

Sam bieg w trakcie maratonu był cudowny, mogłam choć przez chwile poczuć się jakbym sama startowała na 42,195 🙂 i podziwiam wszystkich tych, którzy pokonują ten królewski dystans. Mam nadzieje, że kiedyś i ja odważę się wziąć udział w maratonie. To byłoby coś!

sz10

KASIA:

Wyszłam sobie z domu specjalnie wcześniej, żeby się jeszcze wyluzować po drodze, bo jakiś stres mnie ścigał w związku z tym biegiem – niby niecałe dziesięć, ale trzeba szybko, a nawet jak pobiegnę ja – szybko to nie będzie to naprawdę – szybko.. stres był ostry. Wychodzę z metra, a tam jacyś zmęczeni ludzie ledwie nawet nie biegną, idą… pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy to „którędy oni ten maraton biegną, że już się tak zmęczyli 30 min po starcie??”. Po jakimś czasie mijania ich lekkim truchtem w końcu wymyśliłam, że to ogon biegu na piątkę musi być 🙂 głupio mi trochę było tak między trupami podskakiwać. Wyjątkowo zadowolona pobiegłam w okolice strefy zmian z 1 na 2, bo czas juz był po temu i nagle jak grom z jasnego nieba zaatakował mnie toitoi i zaprosił do środka. Tak zacnemu osobnikowi się nie odmawia więc cóż było robić… I wtedy odzywa się telefon, a w nim zdenerwowoana Ilona: „gdzie jesteś? Asia na ciebie czeka!” W życiu tak szybko nie zakładałam gaci! Nieistety ten incydent kosztował naszą druzynę kilka cennych minut 🙁 I bardzo, bardzo jest mi głupio z tego powodu… Dopadłam strefę zmian, zrzuciłam z siebie cieplejsze ciuchy zostawiając je już na stracenie, jak się później okazało i JAZDA! Bardzo to było z jednej strony budujące tak mijać ludzi na trasie, z drugiej strony myslałam sobie, że oni są KOLESIAMI, biegną maraton, a nie jakiś tam jego kawałeczek. I z takimi przemyśleniami zrobiło się 10 nie wiadomo kiedy, z tempem, o jaki bym siebie nie podejrzewała na takim dystansie. Ilona czekała, skakała, koszulka jej się świeciła, nie mogła już tam ustać w dokach stratowych, jak koń na westernie normalnie wyskoczyła i tyle ją widziałam. Tak więc temat niemożności znalezienia partnerki po zakończeniu kawałka nie jest mi znany, ale kto przeoczy Ilonę!?
Potem spacerkiem w towarzystwie męża mojego (który miał robić mi za zająca przy końcu, ale jak zazwyczaj się to zdarza po prostu mnie nie znalazł) udaliśmy się w kieunku domu. Jednak przy Stadionie już można było oglądać pierwszych maratończyków, więc stwierdziliśmy, że skoro pierwsi już są to Ilona powinna też już za chwilę powinna dobiec. I patrzyliśmy na nich, niesamowite doświadczenie, jak różni ludzie tam biegną, od tych na początku warto się techniki biegu uczyć – po 40 km oni uśmiechnięci, zadowoleni jakby sobie z kina wyszli i tylko tak biegną po kawkę.. po 3:10 od startu zaczęli już się pojawiać bardziej zmęczeni i coraz bardziej, nawet jeden taki bardzo, że do karetki go zapakowali… zmarzłam tam okrutnie no i już zaczynałam sobie myśleć, że Ilona gdzieś skręciła, aż tu jest! leci kolorowa! to ja z nią! rzuciłam bluzą w Łukasza i zasuwamy razem takie matki karmiące finiszujące.. zasuwałyśmy razem tylko kawałek, bo na koniec koleżanka tak mnie odsadziła, że nie potrafiłam takiego tempa utrzymać. I zostałam sama tam, z tym tłumem i łzami w oczach jak wbiegałam na stadion i tylko „ciśnij, ale się nie porycz”. Łatwo nie było, nie do końca wyszło, wzrusz okropny ten finisz na Narodowym… o co wogóle chodzi?? Koniec biegu jak koniec, ale jednak nie. Czas 3:42, a jakby mu odjąć jeszcze nieszczęsnego toitoja… Dzięki dziewczyny!

sz12OLA:

Jak znalazłam się na trasie maratonu? Najpierw dałam się namówić Ilonie na udział w sztafecie maratońskiej, miałam biec 10 lub 12 km, bo forma nie ta, treningi nie takie … Potem przeczytałam „to ostatnia szansa na metę na Narodowym” no i w głowie ta myśl przecież tak bym chciała wbiec na stadion. No ale żeby kończyć sztafetę maratońską trzeba brać półmaraton na swoje nogi i trzeba było kombinować drugą drużynę i szukać jeszcze jednaj szalonej matki do drugiej, bo przecież obie z Iloną na ten Narodowy chciałyśmy wpadać.

A że aktywnych matek dookoła siebie mamy sporo, drużyny zebrane w kilka minut (aż miejsc zabrakło) . Wszystko pięknie lecz trzeba było poinformować trenera  na kilka dni przed startem, że w niedzielę chcę pobiec półmaraton. Powiedział co myślał (tu cenzura), zadał pytanie „PO CO CI TO?” lecz nie zostawił i powiedział co robić, aby jak najlepiej wykorzystać te niecałe dwa tygodnie. Wtedy nie wiedziałam co odpowiedzieć, dziś wiem, że warto robić w życiu to co się czuje choć pewnie nie zawsze wychodzi to na dobre.

W trakcie biegu usłyszeć od kibiców lub przeczytać – BEZCENNE:

  • JESTEŚ PIĘKNA!
  • BIEGNIJ DZIEWCZYNKO, GONIĄ CIĘ TE CHŁOPAKI!
  • na ostatnich metrach „DAJESZ MAMA DAJESZ”
  • a ten napis 200 metrów przed metą TO JEST TWÓJ MOMENT.

Dotarłam na metę ZROBIŁAM TO, JESTEM TU i ta wierna, spocona i czekająca na mnie Ilona. Nie mogłam powiedzieć słowa ryczałam lecz słowa nie były potrzebne. Wtedy poczułam po co mi to dla tej chwili, dla tego uścisku, DLA TEJ PRZYJAŹNI.

sz1 ILONA:

Nastał dzień kiedy po raz drugi w naszej drużynowej karierze Mamy ruszamy pokonywały królewski dystans. Tym razem wystawiłyśmy dwie sekcje – sześć silnych i  zdeterminowanych kobiet, z których każda miała jeden cel – dać z siebie wszystko.

W mojej głowie myśli się kłębią, emocje rozrywają serce, adrenalina pompuje krew, targają mną emocje od złości po dziką euforię. Chciałam być wszędzie. Wystartować pierwsze, skontrolować zmianę i być na mecie, w końcu jestem jednym z kapitanów, powinnam być z każdą z dziewczyn. Było to prawie niewykonalne, ale prawie się udało. Prawie jednak robi wielką różnicę.

Na Narodowym byłam juz o 8.15. Zerwałam to swoje biedne małe dziecko i szorowałam na ten cholerny stadion 3 godziny przed moją częścią biegu z nadzieją, że spotkam Natalię i Asię. Udało się zobaczyć z Natalią, życząc jej powodzenia odprowadziłam ją wzrokiem, jednocześnie wręcz panicznie próbowałam wychwycić Asię wśród tysięcy maratończyków. Bez sukcesu. Asia była kompletnie sama…

Wystartowałam Bartka, który biegł na 5-tkę, spotkałam się z Olą, szybkie „biegnij Bartek biegnij” na mecie piąteczki i lecimy na naszą strefę zmian. Z tyłu głowy… Asia… Asia jest sama… Olka popędza… dawaj lecimy na zmianę, może ją złapiemy… drrrryyyynnnnn… dzwoni Asia… gdzie jest Kasia? Czekam na zmianę gdzie jest Kasia?! Kasia zaliczała toj toja. Są sprawy, których nie przeskoczysz. Ponad 5 min obsuwy…. kur… moja drużyna się sypie!
Czas gonił, a ja i Olka goniłyśmy na swoją zmianę… Frustracja, złość, wściekłość… wyrzut, że to moja wina… powinnam być na tej zmianie i pilnować by wszystko było jak trzeba.

sz8Na naszej strefie zmian byłyśmy na czas. Opyliłyśmy miskę kluchów, pół bananowego chleba. Podleciała Baśka, wysratowała Olkę, poleciała… ja czekałam na zmianę.
Chyba rozumiałam jak czuły się dziewczyny… przez 12 min byłam sama. Moja drużyna byłą gdzieś na trasie… ja byłam sama. Jak mi było źle! Leci Kasia! Klepnęła w plecy i słyszłam jedynie no lecisz… Poleciałam i tu… zaczyna sie moja historia… moje 21 km trasy i 1.38.23 niezapomnianych wrażeń.
Ruszyłam mocno, czułam, że muszę nadrobić startę z tojtoja, ale na metę mam  wpaść jak bogini! Pierwszy kilometr na 4.00, było ciasno, wyprzedzałam dużo, wyprzedzałam szybko. Chyba wyglądało spektakularnie, bo dość szybko usłyszałam za plecami: „Na jaki czas Pani biegnie?” Krzyknęłam tylko: „sztafeta, 21, trzymam na 1:40, ale wycisnę szybciej” Chwilę potem czułam, że mam na plecach trzyosobową męską gromadkę. Nawet zrobiło mi się miło kiedy jeden młodzieniec z mego ogona przy mijaniu kolejnego zająca stwierdził „dobrze, że my tu mamy tego swojego prywatnego peacemakera, dolecimy z dobrym czasem”
Lecę… nagle jebs w plecy… co do cholery?!… Monika!!! Aaaaaaa Monika! Co za spotkanie! Buziak w powietrze i lecę…. wyprzedzam, wpadam w level up, jest luźniej. Ludzi mniej, prawie nie ma kobiet, z mojego ogona ostał się tylko jeden „podopieczny” Ja czuję, ze płynę… złapałam rytm… pim pim pam, pim pim pam… lecę równo. Na mej drodze spotykam maratończyka 4037. Krótka wymiana zdań, na jaki czas, dobre tempo… trzymam się Ciebie i lecimy razem do mety co? Ożywiłaś mnie dziewczyno!  Muszę się Ciebie trzymać. I tak lecieliśmy razem, trochę rozmawialiśmy… Gdzieś do 35 km, bo wtedy… wtedy wypatrzyłam Olę i poleciałam jak rakieta, nie liczyło się nic… ale ten moment już znacie (aaaa nie znacie? No dobra poznacie tu” Bieganie to coś więcej…„)

sz11

Na 36 km wbiegłam uskrzydlona i wtedy zobaczyłam coś co mnie przeraziło. SCIANA!
Maratończycy, którzy stali, zatrzymywali się, dyszeli. Ich ciała odmawiały posłuszeństwa. Widziałam ich wzloty i upadki. Było to dla mnie ogromną lekcją pokory. Uświadomiło ile pracy na mnie czeka. Królewski dystans przede mną i teraz wiem, że decyzja o tym by się do niego przygotować z rozsądkiem jest najlepszą z możliwych. I grzeje mnie to, że są ludzie, którzy przygotowują się do maratonu 2 miesiące, podkreślając jacy sa zajebiści, krytykują fakt, że ja przygotowuję się rok… tylko czy to takie fajne jak męczy się go 6 godzin i jeszcze walczysz o życie?! Ja pragnę przelecieć swój maraton jak gazela, a na metę wpaść jak bogini!
Biegnę dalej, słychać metę, ale jest jeszcze daleko, od kibiców gęsto i… szok! Ktoś krzyczy „Mamy ruszamy, dajesz!” za moment „Ilona z Mamy ruszamy! Ilona, Ilona” takich momentów do mety było jeszcze kilka, nawet wiele. Ktoś na tym swiecie wie kim jestem! Ja wiem, nasze koszulki są wyrazise, ale… gdyby ludzie nie kojarzyli kim są Mamy ruszamy, to koszulki by nie zauważyli. Co więcej ktoś znał moje imię, kilka osób – tego na koszulce nei miałam. Oczywiściw znów ryczałam i myślałam… Kurcze to znaczy, że może to co z Olą zapoczątkowałyśmy ma jakiś sens?
Ale nie ma co o tym teraz myśleć, ja nadal biegnę… ostatni kilometr… wyciągam nogi, przyśpieszam, a tu Kaśka (ta od drugiej zmiany) Wariatka jedna, czekała na mnie. Jak wbiegła mi pod nogi i zaczęła się drzeć… dociskaj… to byłam jej tak bardzo wdzięczna, że zamiast iść do chaty to ta stała w tych krótkich gaciach, marzła i czekała by doprowadzić mnie do mety. Ja się oczywiście poryczałam, potem się na nią wściekłam, bo jeszcze mi się kretynka (tak pomyślałam) przeziębi i w poniedziałek nie przylezie na trening. A tak na serio… było mi w tych skaczących emocjach tak dobrze, czułam się taka ważna, a ona była taka potrzebna. Ostatnie 200 m sprintem, 20 m przed dogonił mnie mój ogon… przemiły chłopak, z którym wystartowałam i który tam gdzieś ciągle był za moimi plecami. Na metę wbiegliśmy razem – za rączkę 🙂 z pięknym czasem 1.38.23!!! Szybkie gratulacje, wymiana uścisku, kurde czułam dumę, udało się nam.
Na mecie czekał mój Bartek z Baśką, Jarek z Olkiem i z Alką… jeszcze mi film nakręcili. Olka B i wleciała Kaśka, bo żem ją zgubiła na ostatniej prostej, no ale jak kazała popylać to popylałam. Za mną kilka osób, które poklepały w plecy i powiedziały good job dziewczyno.  Dostałam medal, czekałam na Olę… wbiegła kilka minut po mnie… jak myśmy się na tej mecie uryczały… jak bobry… zero słów… ale kto by chciał wtedy gadać. Odprowadziłam ją po medal… WTF?! Ma inny medal!!! Ej…. Haha… oglądam… dostałam z maratonu. Jaaaaa…. czy ja zawsze musze coś zmalować?! Dobrze, że mi wymienili, bo by zabrakło do zdjęcia na Insta 🙂

sz9

 

Dołącz do grupy aktywnych Mam, przeżywaj z nami takie chwile:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Instagram:

 

ilo olo11169053_10205109642593257_978717547_n

 

 

 

One thought on “6 kobiet, 2 sztafety, 1 maraton

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: