100 punktów na plus za organizację – II Bieg Konstanciński!

Co to był za bieg?! Chyba żadna z nas go nie zapomni…. nigdy!
Gdybym miała ten bieg określić w jednym zdaniu to brzmi ono: „TO MÓJ NAJLEPSZY i NAJGORSZY BIEG EVER!”
Tej soboty żar lał się z nieba. Nawet klima w aucie nie dawała rady. Bieganie w taką pogodę groziło katastrofą i było co najmniej nierozsądne. Podjęłyśmy jednak wyzwanie. Wiedziałyśmy, że bieg ma dobrego organizatora, więc jeśli się coś wydarzy to 100% pewności, że support czeka.
Do Konstancina uderzyłyśmy gromadą, jak to kiedyś jeden Pan podsumował… Mamy ruszamy tabunami latają! Tym razem także zorganizowałyśmy duży fluo żółty tabun matek wariatek co upału się nie boją!
Chwała organizatorowi, że puścił bieg o godzinie 10:00, a nie jak to często bywa w punkt południe. Trasa też była przemyślana, większość biegu była delikatnie zacieniona. Nie…… jeśli myślicie, że było chłodno i przyjemnie to się mylicie! W kwestii temperatury to była jakaś maskra! Wracając do trasy… kurtyny wodne ratowały nam życie. Na dystansie 10 km były 3 zimniutkie, tryskające wodą wodospady. Robiły one duże kałuże dzięki czemu mogłam zamoczyć buty. Nie lubię biegać w mokrym obuwiu, ale tego dnia był taki suchar, że nawet przez moment się nie zastanowiłam. Ba nawet przeszło mi przez głowę, żeby się w takiej kałuży na momencik położyć. Oj jak mnie kusiło… bałam się jednak, że tak mi będzie tam dobrze, że nie zechcę się podnieść.  Połowa trasy to punkt nawodnia. Wody było pod dostatkiem. I tu kolejny mega plus dla organizatora. Woda była butelkowana. Nie jakieś tam kubeczki do połowy napełnione, tylko ktoś wsadza Ci w łapę 2x po półlitra wody (chłodnej – nie wiem jak oni w ten upał to zrobili, że woda była chłodna) i lecisz. Jedną półlitrówkę wylałam na głowę, drugą sączyłam przez dwa kilometry. Ku mojemu zaskoczeniu nawet przez moment nie czułam odwodnienia. Na mecie wody też było z zapasem.
Linię mety przekroczyłam z obrzydliwie słabym czasem – jak na moje wyniki oczywiście – 44:51, z drugiej strony jak pomyślałam o tej patelni to zastanawiam się jak udało się wykręcić czas poniżej 45 min. O ile zawsze lecę na wynik tym razem nie serce, a rozum zwyciężył, ale żeby była jasność… opierdziel od trenera zebrałam. Ale sorry, tym razem poszłam na łatwiznę. Postanowiłam, że się ustawiam tak by wpasować się na podium i po prostu nie pozwalam się wyprzedzić. Na trzecim, może czwartym kilometrze już przeliczyłam pi razy oko swoje szanse na podium, swoje pi razy oko miejsce i wiek dziewczyn przede mną. Wtedy pilnowałam tylko czy nie mam ogona. Jak ogon się pojawiał to trochę dociskałam, ale w granicach komfortu. Trochę mam wyrzuty sumienia, ale jakoś sobie z nimi poradzę 🙂
Nie tylko ja miałam biegowy kryzys. Moje drużynowe koleżanki też postanowiły zapomnieć o życiówkach i przelecieć ten bieg razem. Aneta na trasie wspierała Marię i tak razem się doturlały do mety z całkiem przyzwoitym wynikiem. Ola supportowała Anię. W takich sytuacjach fakt posiadania drużyny to największe bezpieczeństwo. Anię pokonało słońce. Przegrzała się. Dzięki temu, że na trasie było nas kilkanaście miała pewność, że ktoś zadba o to by bezpiecznie dotarła do mety. Złapała ją Ola. Dotransportowała do mety, schłodziła i napoiła. W takich chwilach wiem, że nasze dziewczyny to nie przypadek, ale sprawnie działający mechanizm, dzięki któremu nie zginiemy.
Po biegu czekała na nas moc atrakcji. Piknik rodzinny. Ogrom zabaw dla dzieci. Nie mogliśmy naszych wyciągnąć. Boże jakie one były spocone od tych dmuchańców, skakańców, piłkarzyków. Kiedy my walczyliśmy o życie na trasie naszymi dziećmi zajmowała się Klaudia – koleżanka, przyjaciółka, człowiek, który zawsze staje na wysokości zadania żebyśmy my mogli spełniać swoje marzenia, albo chociaż o krok się do nich przybliżać. DZIĘKI  :* :* :* A tak serio to jak zobaczyłam te nasze szałaputy, które świetnie się bawiły, a Klaudi sobie siedziała na leżaczku to jej nawet ciut pozazdrościłam.
Patrząc obiektywnie na pozostałe aspekty organizacyjne wszystko było dopięte na ostatni guzik. Bardzo zasobny pakiet startowy, świetny kontakt i interakcja w socialu z organizatorem. Błyskawiczny dostęp do wyników. Bogata bezpłatna galeria udostępniona przez organizatora. Zaplecze około biegowe na bardzo wysokim poziomie. Pyszny posiłek regeneracyjny, w zasadzie to obiad z dwóch dań z deserem. Była zupa, było drugie i były lody. Do tego jeszcze na każdym kroku otrzymywaliśmy batony energetyczne i wodę. Zaplecze medyczne też świetnie przygotowane (sparwdziłyśmy), co akurat w przypadku wysokich temperatur jest niezwykle istotne.
Mnie osobiście urzekło indywidualne podejście do biegaczy. Wystartowałyśmy w Konstancinie jako drużyna mam. Organizator zrobił nam piękną niespodziankę. Drobiazg w ogromnym wymiarze symbolicznym… zobaczcie… przesłodki bodziak.

13553352_10205145989728611_1132955767_n

Galeria (autor zdjęć www.mamyruszamy.pl ):

 

Zapisz

Ilona, mama, trener

Mama Basi, trener personalny: - instruktor lekkoatletyki - instruktor kulturystyki - instruktor fitness - trener Blackroll - trener TRX - trener PFS - trener Boot Camp

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: