#100 dni tydzień 9 – droga Mamy ruszamy na maraton (relacja)

Wiosna, wiosna, wiosna Ach! to Ty! Tylko coś tej wiosny nie widać. Wpadła na chwilę, rozochociła i poszła w pierony. Za nami kolejny tydzień, którym chcemy podzielić się z Wami. Chcemy też zapytać co u Was? Jak Wasze cele, jak Wasze przygotowania?

Jak macie chwilę to kawa w dłoń i zapraszamy do lektury, a jak byłoby Wam mało to…

Poprzednie odcinki „public marathonu”: #odcinek1 przeczytasz: #100 dni tydzień 1 #odcinek2 przeczytasz#100 dni tydzień 2 #odcinak3 przeczytasz : #100 dni tydzień 3 , #odcinek4 przeczytasz: #100 dni tydzień 4 , #odcinek5 przeczytasz: #100 dni tydzień 5 , #odcinek6 przeczytasz: #100 dni tydzień 6  , #odcinek7 przeczytasz: #100 dni tydzień 7 , #odcinek8 przeczytasz: #100 dni tydzień 8 

Kolorowe legginsy z pasem od NESSI

Za wsparcie naszej drogi na maraton dziękujemy: NESSI SPORTSWEAR oraz SPORTMED oraz TOMTOM.

ILONA:
Ten tydzień, w sumie jak i każdy poprzedni był… ciężki. Z tą tylko różnicą, że ten był bardzo ciężki psychicznie. Nie tylko z tytułu biegania. Zmęczenie robi swoje, głowa jakoś mniej odpornie przyjmuje porażki i nie docenia sukcesów. Mimo, że wszystko idzie jakoś do przodu to mam wrażenie, że idzie zbyt wolno… bo ja bym chciała już… tu i teraz… a przecież wszystko musi mieć swój czas i nie wszystko jest dla nas. Najgorsze, że dynia mi kotłuje. No tak mi tam wszystko kotłuje, że uszami się wylewa. Wiem, że powinnam być w 20 miejscach naraz, wiem, że powinnam zrobić coś tu i teraz, ba nawet wiem co… tylko… tylko nie mam już jak. Czas jest tak deficytowym towarem w moim życiu, że jak ktoś mówi mi, że się wyspał, oglądał serial, czy był w kinie to mu tak bardzo zazdroszczę. Ja za to biegam… biegam co tchu i bez tchu, a gdy dobiegnę to mam ochotę zwyczajnie usiąść. Nie mogę… skrzynka mailowa na mnie krzyczy, czat mi wybucha, biały ekran, który powinien być zalany literkami nadal jest biały. Pralka piszczy, że pora ją opróżnić, pies piszczy, że pora go opróżnić, a do tego zmywarka właśnie piszczy, że zaraz będzie piszczeć.
Poniedziałek powinnam zacząć mocno. Przede mną mały dystans… 25 km, ale bardzo szybko. Wiedziałam, że nie dam rady, nie da moja głowa.Od rana wszystko szło nie tak. Dystans przebiegłam, znacznie poniżej 5 min na km, ale nie w takim średnim tempie jak powinnam. Nie miałam siły walczyć. Nawet nie byłam zła. Byłam zmęczona. Na tym treningu bardzo się męczyłam. O wiele bardziej, niż na 40 km dość żwawych wybiegań. To było dziwne… biegłam wolno, ale mój organizm poczuł mega bodziec. Po treningu wywaliło mi nowy pułap tlenowy wyższy o dwie jednostki. To sugeruje progres. Tylko ja nie czułam się jak bym progres zrobiła, czas też tego nie pokazał. Reakcja mojego trenera była natychmiastowa. Zdjął mnie z najlżejszej jednostki treningowej w tym tygodniu. Ja zrezygnowałam z jednej siłowni, miałam się wyspać. Wieczorem zaliczyłam jeszcze tylko BBL. Ten rest dał mi dużo. Nie mogę powiedzieć, bym zdążyła się wyspać, bo to nie ten czas. Dopiero co ruszyła nasza spółka, dopiero się rozkręca… teraz to ten czas kiedy trzeba pracować i inwestować, a nie odpoczywać. Pomysłów jest dużo, pracy też, a ręce do pracy tylko 4. To o jakieś 40 za mało.
Wtorek pracowałam, obrabiałam treningi z podopiecznymi i ogarniałam chatę. Jak się jest tak zarobionym to czasem możemy się zaskoczyć tym co znajdziemy w domu 🙂 Środa dzień… pracowałam, nadrabiałam zaległości. To dzień kobiet był. Starałam się dalej odgruzować chatę. Bartek wpadł późnym wieczorem z kolacją i kwiatami. Miło było mieć tak prawie podane pod nos. Prawie, bo jednak przywiezione do domu, ale… samo się nie podało, samo się nie posprzątało i nie umyło. Romantycznego wieczoru też nie było, bo pakując talerze podpierałam się nosem o zmywarkę. Najgorsze są poranki. Wstaję po 5, bo muszę obrobić psa, który teraz… wyobraźcie sobie… chrapie. Ja się silę na pisanie, a ten łajdak śpi tak mocno, że chrapie. Ta pobudka po 5, kiedy jestem taka wyrwana z kontekstu zawsze kosztuje mnie bardzo dużo. To nie jest subtelna reakcja na budzik i spokojne wstanie z łóżka, tylko raczej skok jak torpeda, wsunięcie się w buty i rura w pidżamie na psie sikanie. Taka pobudka rozwala mnie często na cały dzień. Czwartek zaczynam treningami, potem szybka siłownia… mam dość szybkich siłowni… czuję potrzebę zrobienia porządnego treningu… nawet jak bym miała siedzieć tam przez 2 godziny. Dziś znów gonitwa i trzeba było skracać. Nie lubię na skróty, bo to takie nieopłacalne… Wieczorem nasze Mamy ruszamy. Uwielbiam ten nasz trening. Spotkanie z dziewczynami, wspólne poty, trochę się można pośmiać, trochę pożalić. Ta sobie razem skaczemy w tej szkole. Jest tak kameralnie, swojsko, przyjacielsko. Uwielbiam ten klimat, ten czas i te dziewczyny.
Jak chcesz wpadaj, widzimy się zawsze w czwartek o 19:00 na SP 190 na Zwierzynieckiej (Wawa) Zrzuta po 18 zeta i jedziemy z koksem. Piątek to dzień próby. Brusiło dyga 50 kaemów. Najlepiej byłoby zrobić to o poranku, ale w kalendarzu wisiało spotkanie. Ważne dość, na które czekałyśmy długo, nie miałyśmy ani czasu, ani terminu na przekładanie. Do domu wróciłam późno, dopiero o 13:00 mogłam ruszyć zadek. To zdecydowanie zbyt późno. O 17:00 muszę najpóźniej zgarnąć Baśkę. To prosty rachunek… na moje 50 km mam 4h. Weszłam w moją pięćdziesiątkę spokojnie, bez szarpania. Nie zamierzałam się silić. Postanowiłam, że lepiej zrobię to spokojnie, nawet jeśli miałabym przebiec mniej, niż się szarpać. Nie mogłam się zajechać, bo cały weekend spędzam w szkole. To ja uczę, więc nie przejdzie drzemanie w ostatniej ławce. Biegłam, po prostu biegłam. Bardzo szybko wskoczyłam na wyższe obroty. Wbiłam w tempo poniżej 4:50… i trzymałam. Nie walczyłam o przyśpieszenia, walczyłam o równy, ładny bieg, od początku do końca. Po 5o km musiałam wejść do przedszkola i wyglądać jak milion dolarów. Kiedy wybiło mi 45 byłam pod przedszkolem, ostatnie kilometry nabijałam w lesie. Zegarek pokazywał wolniejsze tempo, ale to tereny wojskowe. Tam wszystko rządzi się innymi prawami. Równo 5 dyszek wybiło pod wejściem do placówki. Ściągnęłam łopatki, poprawiłam włos, odebrałam dziecko i wróciłam do domu. Wstawiłam pranie, rozpakowałam zmywarkę… To był mój najdłuższy bieg ciągiem. 50 km… treningowo, w tempie 5.0 na km. Prawdopodobnie nawet ciut lepszym. Czy czułam się wyjątkowo? Nie wiem. Czułam się chyba normalnie. Nogi mnie trochę bolały. Jeśli zastanawia Cię czy był wylew endorfin czy jakiś innych hormonów szczęścia? To tak średnio. Może ja co najwyżej pachniałam szczęściem, wiatrem, no na bank naturą. Wieczorem kiedy mój dom układał się do snu, ja układałam się do podręczników i robiłam konspekty lekcji na zajęcia. Przede mną był weekend pełen wrażeń. 22 h godziny lekcyjne do odtrąbienia. Czas start 8:00! Koniec 18:15! Ale kto jak nie ja?

OLA:

Kolorowe legginsy biegowe Nessi

Po poprzednim treningowo udanym tygodniu, w sumie nie treningowo też było ok 😉 Byłam bardzo ciekawa co przyniosą kolejne 7 dni. Bardzo chciałam trzymać się ustalonego planu na treningi, czyli bieganie poniedziałek, środa, piątek. Siłownia wtorek, czwartek. Weekend rest. Odpoczynek od treningów, bo odpoczynek innego rodzaju odpada. Sobota i niedziela pod hasłem nauka i to ja stoję po stronie biurka 😉

No to ten tego po pięknej słonecznej niedzieli pogoda się wzięła i zmieniła. Wieje, pada … w poniedziałek ta myśl, trzeba było wczoraj iść pobiegać. Po tej mało optymistycznej myśli, kolejna wpadła do głowy. Dziewczyno pamiętasz jak rok temu w kwietniu w trakcie twojego debiutu maratońskiego piździło? Więc nie zasłaniaj się pogodą tylko wciągaj legginy i rura. No właśnie rura i to na 25 km. Dla jednych moje tempo to lekki trucht dla innych pewnie, to coś do czego dążą. Dla mnie? Jest, to na pewno poza moją strefą komfortu. Biegnę i bardzo się cieszę, że zabrałam ze sobą rękawiczki. Matko czemu tak wieje? Deszcz? W sumie nawet go nie czuję, tylko ten wiatr. Było ciężko lecz założenie treningowe udało się zrealizować. Mimo zmęczenia, czuję satysfakcję. Sukces, taki dnia codziennego. Staram się dostrzegać małe rzeczy i cieszyć się z nich. W sumie, to z nich składa się nasze życie.

Wtorek obfitował w spotkania biznesowe na mieście. Próbowałyśmy z Iloną pomiędzy nie wcisnąć siłownię. Niby powinno się udać lecz się nie udało. Niestety tak mamy, że często plan dnia jest tak naciągnięty jak guma od majtek. Niestety małe przesunięcie czasowe powoduje lawinę, a w przypadku gumy strzał w tyłek. Założenie, że w Warszawie nie będzie korków, będzie gdzie zaparkować … z góry jest spisane na porażkę. Tym sposobem wtorek był poświęcony robocie. Trzymajcie kciuki, zapowiadają się fajne projekty.

W środę od rana z nosem w kompie. Wszystko fajnie w spotkaniach biznesowych tylko w tym czasie jakoś inna praca nie chce się zrobić 😉 Treningowo szybkie minutki. Przyjęłam podejście, nie myśl za dużo tylko działaj. Muszę wam powiedzieć w tajemnicy, no wzięło i mi się nie chciało wyjść na bieganie. Też macie takie takie dni, że najgorzej to zebrać się w sobie i wyjść z domu? Po kilometrze rozterki znikają lecz wcześniej wewnętrzna walka. Poszłam na bieżnię, a właściwie pobiegłam i trening zrobiłam. Z rozwianą grzywą, czerwoną twarzą wpadłam do szkoły po dzieciaki. Rzuciłam się na Alę i Olka z nadzieją, że został im chociaż łyk wody. Niestety. Miła pani z szatni chciała mnie ratować mlekiem w kartoniku (ja osobiście nie pijam). Podziękowałam i ucieszyłam się, że jednak ludzie potrafią być po prostu mili i bezinteresowni.

Kolorowe legginsy od Nessi

Udało się w czwartek wpaść z Iloną na siłownię. Tym razem na warszawskich Bielanach, tak aby zdążyć to tu to tam. Chodzicie do różnych siłowni? Tak chodzimy. Aby oszczędzać czas i nie rezygnować z treningu szukamy „lokalu” w pobliżu np. spotkania aby urwać chociaż kilka cennych minut na dojeździe. Dzięki temu poznajemy nowe miejsca, oglądamy nowe twarze i nie kisimy się w tym samym sosie 😉 Niestety nie było idealnie i trzeba było ciąć siłownię. Godzina lepsza niż nic. W ramach szukania pozytywów.

Gdy w niedzielę zobaczyłam swoje treningi na ten tydzień, wbiło mnie w krzesło. Wybieganie 40 km. Jak to? 40 km? Przecież, to strasznie daleko i długo. Jak w harmonogram tygodnia wsadzić 4-5 godzin nieustannego biegania? Tak, najpierw martwiłam się jak zorganizować czas, później jak to przebiec. Ten najdłuższy do tej pory dystans zaplanowałam na piątek, po spotkaniu na mieście. Wpadłam do domu około 12 szybka zmiana garderoby i cóż robić trzeba biec. Warszawa taka wielka. Wszędzie jest daleko. A jak masz ogarnąć trasę 40 km, to robi się problem i miasto się kończy. Zauważyłam już nie pierwszy raz, że przed długim, mocnym treningiem mój organizm dzień wcześniej domaga się absurdalnych ilości jedzenia. Mój brzuch już nie może pomieścić, a głowa mówi jedz, jedz, jedz… Nie przyznam się nawet ile ja zjadłam w czwartek 😉 No i pobiegłam. Zrobiłam swoje drugie w życiu 40 km. Pierwszy raz taki dystans przebiegłam w poprzednim roku w trakcie maratonu. Średnie tempo na km wyszło 5:53. Byłam z siebie dumna. Niby nic, a jednak coś. Dużo dało, to mojej ciągle kminiącej głowie.

Kolorowe legginsy do biegania NESSI

Niestety po prysznicu, jedzeniu, ogarnięciu domowego systemu nie było wylegiwania. Laptop poszedł w ruch i zasiadłam do pracy. Z racji pracy na swoim mogę pozwolić sobie na  wyjście na bieganie o 11:00 w środku tygodnia. Jednak później po tym jak dzieciaki położą się spać zaczynam nocną zmianę.  Wszystko ma swoje plusy i minusy. Zaraz zaraz miałam nie skupiać się na minusach.

Kolejny tydzień w całym rozrachunku treningowym podsumowuje na duży plus.

Sobotę spędziłam w szkole na układaniu, omawianiu jadłospisów z przyszłymi dietetykami. W niedzielę o poranku (bo do szkoły miałam na 13) wyciągnęłam całą rodzinę łącznie z psem do Lasu Młocińskiego na kibicowanie i robienie fotek biegnącym w City Trail. Chyba jestem uzależniona od biegania, bo jak nie biegam to chociaż kibicuję ;-).

Nasza fotorelacja: Grand prix CITY TRAIL Warszawa podsumowanie cyklu (galeria).

Dołącz do grupy aktywnym mam na FB:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

 

Instagram, tam też jesteśmy:

iloolo11169053_10205109642593257_978717547_n

 

3 thoughts on “#100 dni tydzień 9 – droga Mamy ruszamy na maraton (relacja)

  • Pingback: #100 dni tydzień 10 – droga Mamy ruszamy na maraton (relacja) – Mamy ruszamy

  • 20/04/2017 at 14:13
    Permalink

    Bardzo Was podziwiam. Ja co prawda nie biegam w maratonach, ale mogę się pochwalić, że ostatnio zaczęłam biegać z dzieckiem. Od kiedy mam odpowiedni wózek do biegania, bo mąż sprawił dla mnie i córki nordic caba to robię to w każdego wolnego wieczoru. Bieganie sprawia, że czuję się wolna i lekka. Mieszkam na wsi, więc jak biegam to mijałam ładne krajobrazy. No, ale niestety z krytyką też się spotkałam. Starsi ludzie z mojej miejscowości coraz dogadywali, że nie mam co robić, że dzieckiem inaczej mogłabym sie zając itd. Ale powiem, ze nie interesuje mnie to co mówią inni. Będą jeszcze mi zazdrościć figury i zdrowia.

    Reply
    • 24/04/2017 at 21:23
      Permalink

      Brawo, gratulujemy. Wskakuj do nas na grupę i czekamy na fotki 🙂

      Reply

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: