#100 dni tydzień 7 – droga Mamy ruszamy na maraton (relacja)

Do Orlen Warsaw Maraton zostało nie wiele. Walczymy… raz lepiej, raz gorzej, ale walczymy. Jak to matki… szyjemy rzeczywistość, łatamy dziury i próbujemy wszystko ogarnać, nawet jak się nie da. Może nie zawsze jest jak trzeba, ale zawsze podejmujemy próbę… bo przecież jak nie spróbujesz to się nie przekonasz.

Poprzednie odcinki „public marathonu”: #odcinek1 przeczytasz: #100 dni tydzień 1 #odcinek2 przeczytasz#100 dni tydzień 2 #odcinak3 przeczytasz : #100 dni tydzień 3 , #odcinek4 przeczytasz: #100 dni tydzień 4 , #odcinek5 przeczytasz: #100 dni tydzień 5 , #odcinek6 przeczytasz: #100 dni tydzień 6 

Za wsparcie naszej drogi na maraton dziękujemy: NESSI SPORTSWEAR oraz SPORTMED oraz TOMTOM

Zapraszamy 7 odcinek naszego maratońskiego serialu.

Leginsy do biegania TURQUOISE TWIG od Nessi

ILONA:
Wracam do tego tygodnia trochę jak przez mgłę. Coraz bardziej nie ogarniam systemu i mam wrażenie, że wszystko jest gdzieś obok mnie. Wszystko jakby idzie swoim torem, a ja toczę się obok na zwolnionych obrotach. Ten tydzień nie był łatwy. Nie zmieściłam się w planie. Może dlatego, że nie wzięłam pod uwagę zaplanowanej nadwyżki biegowej, albo zbyt optymistycznie podeszłam do tematu… kolejny raz.

W poniedziałek zaliczyłam tylko Biegam bo lubię. Po mazurskim wybieganiu nie planowałam się zbyt forsować. Wtorek zaczęłam treningami z dziewczynami, a skończyłam  podbiegami. Walczyłam dzielnie. Na ostatnich ryłam prawie szczęką po piachu, ale parłam do przodu… no może nie jak rakieta, ale parłam. Zlądowałam taka urąbana prosto w przedszkolu i tylko usłyszałam… „co biedaku, znów musiałaś biegać?” W sumie nie wiem czy jestem biedna i czy musiałam… to chyba był jednak mój świadomy wybór.

Ubrania biegowe www.e-nessi.pl

W środę zluzowałam. Mam tyle zaległości w pracy i w domu, że musiałam na jeden dzień zaszyć się przy biurku i nie odchodzić do momentu, aż zacznę puszczać korzenie. Tak pracowałam, że moja, dość krągła dupa się spłaszczyła 🙂
W czwartek zatem odbijałam środę, wciskając swój trening między treningi moich dziewczyn. Tańcowałam po tartanie, że się omal do przedszkola nie spóźniłam. Wpadłam zdyszana punkt 17.30. Uffff…. nie byłam ostatnia! Dalej lecę …. Faster, faster, faster….. z listy, z listy… i padam na ryj… a tu trzeba iść na kolejny trening. Do domu odwiozła mnie Gosia. Wturlałam się na moje 9 piętro i próbowałam się silić na jakąś robotę. Padłam… ległam jak kłoda.
Piątek, powinnam biegać, ale znów wrzutka… jedna, druga, trzecia… Przekładam trening na sobotę, z nadzieją, że wcisnę go jakoś w zawalony weekend. Dzięki temu treningowemu lenistwu wygrzebałam się trochę z szamba zapracowania. Daleko jeszcze do jakiegoś… końca, ale do przodu.
Sobota powinna być mocno biegowa. Zrobiłam rozbieganie. Weszłam na bieżnię, a tam… lodowicho. I zium… pojechałam. Jeszcze dwie próby. Mogę zapomnieć o szybkim bieganiu… Dziękujemy! Wściekła dobiegałam kolejnych 6 kilometrów. Trochę pobawiłam się szybkością, trochę siłą. Zrobiłam 11 km zabaw biegowych na rozruch przed niedzielnym startem. W niedzielę ruszyliśmy na BBL lasy do Chojnowa. TUTAJ wskakujcie po recenzję. Dla mnie to była katastrofa. Błoto niemiłosierne, a ja w… startówkach. W szafie 17 par butów, a okazuje się, że nie mam butów do lasu na błoto…. grubo… nie? Stwierdziłam, że na żywioł, co będzie. I czujecie? Jak świnka na lodzie. Buty zero bieżnika na biegu po rozgrzanej plastelinie…. hahhaha…. było wesoło. Doleciałam druga. Pierwszy start w roku i pierwsze podium… w open. I gitara!

Jestem coraz bardziej zmęczona. Coraz bardziej się frustruję. Czasem się zastanawiam po co ja to robię. Dla zdrowia? Przecież moje bieganie nie ma nic wspólnego ze zdrowiem. Doprowadzam sie do stanów skrajnego wyczerpania. Dla sławy? Jakiej sławy, zawodowcem  nie będę, pięniedzy z tego nie ma. Więc po co? Dobre pytanie. Chyba ja po prostu nie mogę bez tego żyć. Chyba jestem jakaś pieprzoną masochistką. Uwielbiam doprowadzać się do stanu nieużywalności i sparwdzać ile dam radę. Tak bardzo przywykłam do bólu mięśni, że kiedy nie bolą to wpadam w panikę, bo coś jest nie tak. Dopiero jak porządnie się zajadę to łapię dystans do rzeczywistości, do ludzi i zaczynam mieć wywalone na złe emocje.
Wbijam się wtedy level up! Jestem wypluta z jadu, który produkuję kiedy rzeczywistość mnie wkur***. Zamiast zalewać nim innych zalewam kilometry. To takie oczyszczające. Zanim pójdę biegać, to zalewa mnie krew kiedy widzę, że ktoś np. zaje* ał nam pomysł i już napierdziela to samo co my. A jak sobie tak polatam… to dociera do mnie, że przecież kopiuje się najlepszych i tylko pustaki podpieprzają coś innym. I w sumie to ja się powinnam cieszyć, że jesteśmy dla kogoś inspiracją. Nawet jak ktoś nas kopiuje to i tak jesteśmy o krok dalej, a często nawet dwa…


wyzwanie USKRZYDLONA NA WIOSNĘ

KUP TERAZ


OLA:

zegarek biegowy TOM TOM

„Gdy nie ma dzieci w domu…” oj to już koniec tego okresu. Dzieci w niedzielę do domu wróciły.  Drugi tydzień ferii, to tydzień w mieście, tydzień z rodzicami. Czas ferii u dziadków dzieciaki miały przepełniony atrakcjami… łyżwy, kino, górka, kręgle… Absolutnie nie chciałam się ścigać z moimi rodzicami lecz oczekiwania dzieci były duuuże. Duże w tym sensie, że tak jak śniadanie oczywiste były dla nich wyjścia. Miałam zadanie bojowe pogodzić rodzinę i dom z treningami, o wciśnięciu gdzieś pracy nie wspominając. Takie uroki pracy na swoim, pracy jako free lancer. Niby czy zrobisz robotę o 5 rano , 9 rano czy o 23 nikogo nie interesuje. Masz dotrzymać terminu i tyle. Daje, to z jednej strony dużą wolność z drugiej czasami masz wrażenie, że ciągle jesteś w pracy.

Po dość wyczerpującym treningu niedzielnym, w poniedziałek rekreacyjne kilometry na BiegamBoLubię nocą.

We wtorek tak na dobry treningowy początek tygodnia ruszyłam „pod górę”, czyli odwiedziłam mają dobrze znaną i wydeptaną koleżankę Agrykolę. No i robiłam podbiegi. Biegałam i biegałam. Inni biegacze wpadali robili swoje i biegli dalej, a ja dalej biegałam góra, dół. Wniosek po? 30 to bardzo dużo, szczególnie pod górę.

Biegowe ubrania www.e-nessi.pl
Biegowe ubrania www.e-nessi.pl

Środa załadowana atrakcjami dla dzieci jedyna szansa na bieganie poranek. Cóż było robić, nie ma spania, są odcinki 300 metrowe do zaliczenia. Miało być szybko, było tak se. Pewne jest jedno, starałam się najlepiej na dany moment.

No i tu się wzięło i zesrał… miałam iść w czwartek na bieganie. Nie poszłam. Byłam tak bardzo zmęczona, bardzo. Miałam iść w piątek lecz w ciągu dni nie miałam kiedy, a wieczorem znowu byłam tak bardzo zmęczona. W sobotę i niedzielę pracowałam w szkole i uczyłam. Od rana do wieczora.

Moje wyrzuty sumienia sięgały zenitu, podobnie jak zmęczenie. Brak biegania doskwierał mojej głowie. Mam tak, że jak złapie kilka, kilkanaście, ponad dwadzieścia kilometrów łapię też odpowiedni dystans do życia, do codzienności. Po bieganiu umiem spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy. Oby kolejny tydzień przyniósł nowe rozdanie.

 

 

Dołącz do grupy aktywnym mam na FB:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Instagram, tam też jesteśmy:

iloolo11169053_10205109642593257_978717547_n

Ilona, mama, trener

Mama Basi, trener personalny: - instruktor lekkoatletyki - instruktor kulturystyki - instruktor fitness - trener Blackroll - trener TRX - trener PFS - trener Boot Camp

3 thoughts on “#100 dni tydzień 7 – droga Mamy ruszamy na maraton (relacja)

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: