#100 dni tydzień 6 – droga Mamy ruszamy na maraton (relacja)

Do Orlen Warsaw Maraton 59 dni. Nie przestajemy i biegamy. Biegamy i nie przestajemy. Nasze przygotowania do maratonu trwają. Są chwile radości, są chwile smutku. Są łzy i ból. Jest też duma i nadzieja. Cały przekrój uczuć i doznań.

Poprzednie odcinki „public marathonu”: #odcinek1 przeczytasz: #100 dni tydzień 1 #odcinek2 przeczytasz#100 dni tydzień 2 #odcinak3 przeczytasz : #100 dni tydzień 3 , #odcinek4 przeczytasz: #100 dni tydzień 4 , #odcinek5 przeczytasz: #100 dni tydzień 5

Za wsparcie naszej drogi na maraton dziękujemy: NESSI SPORTSWEAR oraz SPORTMED oraz TOMTOM

Zapraszamy na relację z 6 tygodnia przygotowań.

ILONA:
Ostatnio mam takie wrażenie,  że non stop biegam. Nawet jak nie biegam to biegam. Wszystko w biegu. Pracuję w biegu, jem w locie, stoję w przeciągu. Biegnę, żeby złapać oddech, żeby złapać czas. Wyłapuję z dnia każdą sekundę, nawet nanosekundę jak się da. W oceanie zajęć staram się łowić wolną przestrzeń, ale jak tylko ja znajdę zaraz ją zapaprzę nowymi pomysłami, bo co ma odłogiem płynąć. To wspaniale, mój ocean jest obfity. Tylko cholera…. jest pełen aż po brzegi. Z drugiej strony… lepiej by się wylał, niż miałabym cierpieć z powodu suszy.
Takim optymistycznym akcentem startuje nowy tydzień.

W poniedziałek towarzyszył mi gil do pasa i najlepsza asystentka biurowa ever – panna B. Nie puściłam do przedszkola, bo uznałam, że dodatkowy dzień kwarantanny wskazany. Swoje poniedziałkowe kilometry postanowiłam przełożyć na wtorek, a w ramach odświeżenia umysłu, na wieczorny trening Biegam, bo lubię, poleciałam biegiem. Natłukłam 11 dodatkowych kaemów, delektowałam się smogiem i zrozumiałam, że w tym tygodniu będę biegać… codziennie… inaczej nie zmieszczę się w planie.

Wtorek zaplanowałam strategicznie. Rano przedszkole, potem podopieczne i rura do chaty. W tramwaju telefon na hotlajnie, na drugim obrabiam Instagrama. Otwieram drzwi mieszkania i lecę jak z kałasznikowa… pies, pranie, zmywarka, kawa… odklikuję ptaszek po ptaszku na liście. Siadam… mail, Facebook, zaległe teksty…. obiad… woda i już stoję w kolorowych majtach, powoli człapie się na bieganie. Nie jest lekko. Jest mi cholernie zimno, wieje, a przede mną obfita jednostka. Kończę i schładzam się w drodze do przedszkola. Jestem zamarznięta jak kostka lodu.

Środa na biegowo, ale za to gościnnie na Mokotowie. Recenzuję odzież biegową, więc dzień… pierwszy słoneczny od dawna, zaczynamy sesją zdjęciową z naszą modelką. Tylko, że modelka spóźnia się nam godzinę. To oznacza tylko jedno… o tę godzinę będzie krótszy mój trening 🙁 Robię go wspólnie z Olą. To nasz pierwszy wspólny trening w tym roku. Ona trzaska swoje, ja swoje. Obie zdychamy. Bardzo czuję oszukane rozbieganie. W trening właściwy wchodzę bez rytmu i dogrzewam się na pierwszych odcinkach. Czuję, że nie mogę przyśpieszyć. Ostatni odcinek. Koniec! Zrobione! Nie tak jak planowałam, ale do przodu i z listy!

Biegowe ubrania www.e-nessi.pl

Czwartek sponsorują podbiegi. Dużo podbiegów. O żesz… i razy można wbiegać pod górkę?! Podbieg i zbieg, up and down… Po treningu zaliczam przedszkole i zjazd do bazy, ale najpierw zakupy. Do bazy zaliczam zjazd… dosłownie… siaty z zakupami przyciągają mnie do ziemi. Rozkładam cały ten majdan po szafkach i lodówie. Patrzę na zegarek i mi oko bieleje… kur! muszę lecieć! Na trening Mamy ruszamy wpadam z wywalonym ozorem. Jest cienko,a tu trzeba trzymać fason. Do domu wracam po nocy, zalegam na kanapie i włącza mi się syndrom opadających powiek… Nie mam kontroli… zasypiam na siedząco.

W piątek zrywam się z łóżka. Jestem świergocząca jak ptaszek, pobudzona… przez 30 min. Potem czuję się jak ptaszek, który walnął kielicha. Entuzjazm spada, nogi ciężkie, oko się przymyka. Walczę ze sobą… muszę się spakować, bo zaraz ruszamy na trasę. Moje ruchy są tak przyśpieszone, że zamiast o 11.00 wyjeżdżamy z Wawy o 14.00. Na mazurach jesteśmy blisko 17.00 czyli jak nie patrzeć już po dni 🙁 Wieczorem wykokosiłam się z mężem na 5 kilometrów lekkiego truchtu. Normalnie by mi się nie chciało, ale że mogliśmy zostawić młodą z dziadkami, to nie było wymówki. Pobujaliśmy się nocą po lesie. Taki nocny cross po krzakach. Mazurskie lasy są gęste, śniegu też było sporo, buszowaliśmy niczym dwa dziki w malinach. Nawet można było się zmęczyć 🙂

W sobotni poranek zerwaliśmy się koło 6:00 na równe nogi, zapakowaliśmy w auto i ruszyliśmy na Ełk. Bartek (mąż mój) biegł tam Runmageddon Classic. Ja z powodu przygotowań maratońskich odpuszczam póki co biegi przeszkodowe, zatem tym razem czaiłam się w krzakach, z aparatem w dłoni i łapałam śmieszne miny uczestników  gdy wyskakiwali z przerębla.  Latałam między przeszkodami, łapałam Bartka. BTW galeria jest TUTAJ. Wyobrażacie sobie, że wybiegalam ponad 10 km? A wiecie jak się umęczyłam? Poginałam wzdłuż trasy, od przeszkody, do przeszkody. Taki inrterwałowy marszobieg mi wyszedł.

Legginsy do biegania www.e-nessi.pl

W niedzielę marzyłam o odpoczynku, ale… w planie zalegał mi jeszcze jeden trening. Taki konkretny. 40 kilometrów wybiegania w tempie swobodnym. Miałam wybór, albo rano na Mazurach, albo po nocy w stolicy. Zdrapałam się rano, łykłam kawę i … poszłam biegać, ale z supportem.
Jestem strachliwą dupką. Boję się samotnie dygać po lasach albo bezludnych leśnych szosach. 40 kilosów to jednak kawał świata i patrząc przez pryzmat mazurskich wiosek to albo dygam odcinki po 2 km od pierwszej do ostatniej tablicy wjazdowej do wsi albo hej przygodo! Ruszam w las.
Bartek się nade mną zlitował. Pożyczył rower od teścia i dygał za mną te 40 kaemów. Wiecie jak się ucieszyłam. Zazwyczaj latam samotnie i gadać mogę co najwyżej do siebie. Teraz miałam towarzycho na całej trasie i co więcej to ja dyktowałam tempo. Żyć nie umierać! Ale wiecie co? Co zdążyłam otworzyć dziób i wydać z paszczy słowo, to słyszałam: „Przestań kłapać dziobem, bo niepotrzebnie tracisz energię” Ofuknięta się zapowietrzałam, ale po chwili znów miałam ochotę na pogaduszki. Niestety, ledwo przyszło mi na myśl zagaić rozmowę to ten mnie przymykał. Normalnie więcej gadam ze sobą, jak biegam sama… phiii… kompan od siedmiu boleści. No i tak se milczeliśmy te 40 km, a ja biegłam spokojnie,  tak żeby se pogadać. Ostatecznie pomilczeliśmy sobie przez 3h i 20 min. Ja w tym czasie zdążyłam pogrzebać w zegarku, pomyśleć o obiedzie, napisać w głowie kilka maili, wyobrazić sobie co będzie za miesiąc, za dwa… za dwa lata…  Najważniejsze, że trening po planie. Średnie tempo 5:00, więc daje radę. Wpadłam do domu, rodzice popatrzyli na mnie dziwnie. Zapytali jak się czuję, dlaczego nie jestem zmęczona, dlaczego jak przybiegłam to zamiast usiąść na kanapie to jeszcze chodziłam rozebrana po dworze? W odpowiedzi usłyszeli jedynie: „Mamo, no dawaj z tym rosołem, bo ja tu głodna jestem.” Od momentu kiedy do rosołu zasiadłam to dziwili się jeszcze bardziej. Mama robiła „stoliczku nakryj się” a ja w mgnieniu oka przykrywałam go czapką niewidką. Mama zamilkła i zniknęła w kuchni. Za chwilę przytaszczyła 10 słoików z bigosem, gołąbkami, rosołem i mówi: „Weź na drogę” Wzięłam jak dała, co ma się zmarnować. Wsiedliśmy w auto i późnym wieczorem przywitaliśmy Warszawę.

OLA:

Ten tydzień był zupełnie, zupełnie inny pod wieloma względami od innych. Dlaczego? W stolycy ferie. Babcia z dziadkiem na ten tydzień przejęli dzieciaki. Tak, tak zostaliśmy tydzień bez dzieci. Na pokładzie został pies. Nie wiem czemu dziadkowie nie chcieli tego czarnego he he he Matko, co ja zrobię z tym wolnym czasem? Przecież odpadnie tyle obowiązków.

Brak dzieci, to możliwość na bieganie z mężem. Z związku z tym, że drużynowa koleżanka/sąsiadka i jej mąż byli w podobnej bezdzieciowej sytuacji jak my. Plan na poniedziałek. Biegniemy pod Pomnik Kopernika na BiegamBoLubię, a później wracamy też biegiem. Taka wieczorna biegowa randka na dwie pary. Fakt, że ja biegłam i plotkowałam z Anką, a mój Jarek z Piotrkiem 😉 lecz i tak było miło. Nabiegałam dodatkowych 15 km, takich poza planem biegowym. Co jest pewne? Nie zaszkodzą.

Wtorek, a ja dalej mam poczucie, że mam tyle czasu na wszystko. Nawet nie chcę wiedzieć jaka miałam minę, gdy zdałam sobie sprawę, że aby pogodzić plany tygodnia z realizacją treningów muszę biegać we wtorek, środę, czwartek i sobotę. WTF? No cóż, przestałam myśleć zaczęłam działać. Na pierwszy ogień poszły podbiegi, dużo podbiegów. Rozbieganie, a później, góra dół, góra dół. Znowu to poczucie, że chyba zamieszkam na Agrykoli 😉 Mój sposób to rozkładnie zaplanowanej ilości na piątki, tak aby lepiej było liczyć na palcach. Przecież 5×5 jakoś w głowie łatwiej zaakceptować, niż 25. Biegałam i słuchałam: „Siła nawyku”. W ramach robienia kilku rzeczy na raz. Nie wiem ile w głowie mi zostaje lecz myślę, że coś do niej wpada. Wpadło na pewno 18 km.

Ubrania do biegania z www.e-nessi.pl

Staram się, a właściwie obie z Iloną tak mamy, łączyć spawy tak aby tracić jak najmniej bardzo cennego czasu. Zostałam poproszona prze Ilonę o wsparcie. Na czym miało polegać? Miałam cykać foty do recenzji ciuchów, którą Ilona przygotowuje. Rano patrzę przez okno jest dobrze. Pogoda nam sprzyja, nie pada, a nawet świeci piękne słońce. Zdjęcia bardzo fajnie wyszły 😉 Ilona i jej modelka się przeżyły, biegały, podskakiwały, rozciągały, a ja to uwieczniałam. Byłyśmy na Agrykoli, więc aby nie tracić czasu szybka przebiórka w aucie i jazda na trening. Niestety przycięłyśmy na rozbieganiu i słodzeniu. Tego wymagała sytuacja. W szybkie odcinki, mimo że próbowałam wkładać tak wszystkie swoje moce i przebierać nogami jak umiem najszybciej… powiem tak pozostawiały wiele do życzenia. Nie było czasu na rozkminki, tyłki do auta i jazda do domu. Udało się nam tego dnia wypić wspólną kawę, zrobić foty, pobiegać i ogarnąć jeden z nowych projektów. Na wieczór jeszcze były zaplanowane atrakcje. Kino z Jarkiem i poniedziałkowymi biegowymi przyjaciółmi. Poszliśmy na McImperium. Nie wnikając w szczegóły (bo nie o recenzję filmu tu biega), to co po tym filmie zostało mi w głowie, to hasło WYTRWAŁOŚĆ. Aby do czegoś dojść, osiągnąć sukces trzeba być wytrwałym. Szczególnie w chwilach zwątpienia, gdy przychodzi do głowy myśl: a po co mi ten cały maraton? warto o tym pamiętać.

Zegarek do biegania TOMTOM SPARK 3

W czwartek po przebudzeniu ta myśl, a może zmienię plan tygodnia i wybieganie przełożę na piątek? Przecież nie ma dzieci i mogę wszystko 😉 Suma sumarum, zebrałam tyłek w troki i go zabrałam na bieganie. W planie 30 km. Za oknem słońce, termometr na plusie. Było ciepło. Pierwsze bieganie bez rękawiczek. W wielu miejscach na trasie było dość czysto, niestety na wielu kilometrach śnieg leżał w najlepsze. W drodze powrotnej wiało, o jak wiało. Nie zmienia, to faktu, że po 25 km zachciało mi się pić. Na pokuszenie widzę dwóch panów rozwieszających plakaty na bilbordzie. Zbliżam się do nich. O, postanowili zrobić sobie przerwę. Z daleka dostrzega butelkę, ciemnego, gazowanego napoju, wiesz tego który odrdzewia 😉 … Musiałam się powstrzymywać, aby nie poprosić: daj łyka. Ominęłam ich i pobiegłam dalej. W domu piłam, piłam i nie mogłam się napić.

Udało się plan treningowy jak na razie zgodnie z założonymi terminami. Niestety w piątek bardzo cały człowiek mnie bolał. Byłam zwyczajnie zmęczona, a ciało domagało się odpoczynku. W sobotę dalej na myśl o bieganiu moje nogi się ugięły. Dlatego zamiast na trening postanowiliśmy z Jarkiem i Piorunem wybrać się do Parku Skaryszewskiego na XXI Bieg Wedla w roli kibiców i fotoreporterów (nasza fotorelacja: XXI Bieg Wedla).

Kolory zapewnia www.e-nessi.pl

W niedzielę nie było już wyjścia biegać trzeba. Po dość leniwym poranku, zebraliśmy się w sobie i aby wyrobić się na powrót dzieciaków z dziadkami poszliśmy biegać. Znowu w parze. Wspólne rozbieganie i schłodzenie, bo trening właściwy każdy robił swój. Szybkie kilometry a nawierzchnia w wielu miejscach raczej na łyżwy i to wodne. Trening został odbyty. Chociaż niedosyt pozostał. Będzie lepiej? Zobaczymy.

Dziwne są moje wnioski po tygodniu bez dzieci. Cieszę się bardzo, że wróciły (tęskniłam). Poza tęsknotą stwierdzam, gdy mam więcej na głowię jest mi łatwiej się zorganizować, lepiej ogarniam system i funkcjonuję.

 

Dołącz do grupy aktywnym mam na FB:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Instagram, tam też jesteśmy:

iloolo11169053_10205109642593257_978717547_n

Ilona, mama, trener

Mama Basi, trener personalny: - instruktor lekkoatletyki - instruktor kulturystyki - instruktor fitness - trener Blackroll - trener TRX - trener PFS - trener Boot Camp

7 thoughts on “#100 dni tydzień 6 – droga Mamy ruszamy na maraton (relacja)

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: