#100 dni tydzień 3 – droga Mamy ruszamy na maraton (relacja)

Za nami kolejny tydzień, kolejnych 7 dni intensywnych przygotowań i nieprzewidzianych splotów zdarzeń. Jak pogodzić wszystko? Kolejny raz pokazujemy, że się da, choć nie jest łatwo. Jest coraz ciężej, coraz dalej i coraz szybciej. Nadochodzi ten czas kiedy zmęczenie daje w kość… dosłownie. Ten czas kiedy szukasz wymówek i dociera do Ciebie, że jeśli teraz oszukasz… to tylko i wyłącznie siebie. Zatem wciągasz kolorowe galoty i rura… łapiesz kolejne kilometry. Zapraszamy Was na 3 odcinek naszej drogi na maraton…

#odcinek1 przeczytasz: #100 dni tydzień 1
#odcinek2 
przeczytasz#100 dni tydzień 2

ILONA:
Juhuuuu…. z górki na pazurki. Tak, ten tydzień leciał jak szalony i nie zamierzał się skończyć. Wpadł z impetem w kolejny. Nawet nie zdążyłam zauważyć tej płynnej granicy między niedzielą, a kolejnym poniedziałkiem.

Ale powoli… to, że ja pędzę to jedno, ale Wy zapewne macie teraz chwilkę przy kawie.

received_10209839275911134-01.jpegZacznijmy od tego, że nie lubię poniedziałków! Zazwyczaj jestem umęczona po naszych wyczerpujących weekendach. W poniedziałek, zamiast tryskać energią niczym fontanna to siedzę przy biurku jak stary maślak, sączę kawę i staram się zmobilizować by wyjść na trening. Nie jest to łatwe, bo jak to przy poniedziałku… skrzynka obrzyguje mailami, telefon na hotlajnie i do tego wszystko na wczoraj. Poza tym to jak widzę śnieg i ujemną na termometrze to mi się zwyczajnie nie chce. Taaaak! Mi też się nie chce! Normalnie tak mi się nie chce, że wylizuję ostatnią kroplę kawy z filiżanki, albo jem za dużo by się długo trawiło… dzięki temu odwlekam moment wyjścia na trening. Tak, wiem, że to głupie, ale kur** ile można biegać?!
Wylazłam, a właściwie się wyczłapałam… kosztowało mnie to… Dobrze, że psa musiałam wyprowadzić. Zawczasu odstawiłam w Nessi, jak na bieganie. Zawsze liczę, że mnie wtedy ktoś zobaczy i głupio tak zrezygnować. Odprowadziłam sierściucha do chaty, a ten ostentacyjnie legł na kanapę i jego oczy mówiły: “Dajesz na te bieganie! A ja się tu trochę zdrzemnę” Zamlaskał i wywrócił gały białym do góry. Dużo bym dała by się z nim zamienić.
Poniedziałek przywitałam optymistycznymi tysiączkami. Było ich w… nieskończoność. Biegałam, biegałam…. w głowie faster, faster, faster… kończyłam poniżej 4.0. Tak mnie te 3:… ucieszyło… na chwilę. Potem spadek euforii: “Kwiatuszku, no ok, ale jesteś za wolna. Musisz przyśpieszyć.” No to ten… trochę mi opadł entuzjazm, ale… nie ma lipy… jak muszę to muszę, tylko jak?
Dzień kończyłam Bbl nocą. Lubię te nasze wieczorne treningi. Śmiesznie, wesoło, bez presji, a zawsze kilka kilometrów wpadnie 🙂 Może i Wy wpadniecie? (Szczegóły TUTAJreceived_1320497641345047-01.jpegTu podbiegłam, tam podbiegłam i się uzbierało z poniedziałku 30 z nawiązką.
We wtorek powinna być siłka, ale… jak nie urok to bieganie. Moja biegowa środa, z okazji przedszkolnych bali i lokali stała pod ostrym znakiem zapytania. Co więcej rano mąż wyjeżdżał na narty, więc zostałam totalnie bez supportu. Cały dzień starałam się popracować na zaś, żeby zrobić maksa przed przyjazdem babć na przedszkolną imprezę. Nocą… padając na ryj… wywlekłam męża na S8 i robiliśmy trening, bym jakoś zmieściła się w planie. Boszzzzz…. jak mi było zimno, ciemno, w butach mokro i słono. Trzaskałam kilometr za kilometrem, no dobra życia nie traciłam, bo miao być max na 95% :), ale lekko nie było. Niestety nadal jestem za wolna… dobrze by było jednak urwać po kilka sekund.
W środę miałam luz. Choć ciężko to nazwać luzem. Baśka została w domu, do tego dwie babcie na pokładzie i cała ta przedszkolno-imprezowa logistyka wymęczyła mnie bardziej niż długie wybieganie. Na szczęście wszystko ogarnięte, wszyscy cali, tylko… robota nie zrobiona. Odrabiamy po nocy 🙁
Czwartek to walka o złapanie środy za ogon. Zaczęło się spokojnie, jakoś o 5:19 🙂 W sumie ostatnio każdy dzień zaczyna się jakoś koło 5 i kończy zdecydowanie zbyt późno, zazwyczaj w dniu następnym. Jednak człowiek nie jest przecież taki, że sobie nie poradzi, nie? Wieczorem chillout na treningu Mamy ruszamy. Grany był brzuch. Idealnie przed piątkowym wybieganiem….hihihihi….. Czułam każde spięcie, ale na szczęście obeszło się bez bólu o poranku 🙂
A piątek, jak to piątek weekendu początek… rozpoczęty wybieganiem. Jak szaleć to na całego. Ubrałam się na biegowo. Zaprowadziłam młodą do przedszkola. Zostawiłam kurtkę na dziecięcej szafeczce i rura na trening. Do placówki zawitałam ponownie po niespełna 3 godzinach, mając już zaliczone 35 km w całkiem rozsądnym tempie. Rozsądnym, ale nadal zbyt wolnym. Tłumaczę sobie, że początek miałam słaby. Odstawiłam się w startówki i ruszyłam do lasu… Mało to było rozsądne i bardzo zabawne. W lesie lodowisko. Uciekłam na asfalt, ale zaliczyłam kilka kaemów straty na początku.

—————————————————————————————————————————————–

na hasło Fizjomopsie otrzymacie 15% zniżki
na odprężający masaż relaksacyjny
w gabinecie Sportmed

16299356_1330786196982858_5092118472808020205_n

—————————————————————————————————————————————–

Wpadłyśmy z B. do chaty. Opyliłyśmy babciny rosół. Ledwo zakręciłam się na pięcie, a już trzeba było odstawić babcię na dworzec. Kiedy usiadłam na kanapie poczułam i 35 km, i stres z całego tygodnia, a świadomość, że w sobotę idę uczyć na cały dzień, trochę mnie w tą kanapę wbijała. Zmęczenie zmęczeniem, ale nikt mnie w obowiązkach domowych nie wyręczy. Poprawiłam zatem koronę, spakowałam dziecko i ruszyłam na podbój Biedronki. Podbiłam ją na 7 siat, zgrzewkę wody i pękający w szwach plecak. Po drodze zaliczony jeszcze mięsny i eko. Porzuciwszy siaty bezpańsko w przedpokoju, zgrabnym piruetem zgarnęłam młodą i sierściucha na wolny wybieg. W ostatniej chwili, bo już prawie była “kupa na łapę”. Czas trochę mnie gonił, więc młoda nie zdążyła się zorientować, a już siedziała w wannie, obiad na sobotę był wstawiony, ja jedną ręką rzucałam psu piłkę, a drugą ładowałam pralkę. Odhaczam z listy… wszystko po planie. Wciągam kolację, pakuję pudła z jedzeniem, wciągam kolację, wyjmuję pranie, wciągam kolację. W lodówce zaczynam widzieć tylko światło i musztardę. Ten cholerny biegowy głód. Nie mogę go zaspokoić. Jem, jem, jem i nic! Brakuje! W baku ciągle pusto, ciągle mało, czuję jakbym jechała na oparach. Na którejś kolacji przyłapuje mnie mąż, radośnie wracający z białego szaleństwa. Wita mnie całym plecakiem prania i tekstem: “jestem wycieńczony” Spoko… ja za to jestem wypoczęta – myślę cichutko. Pełna wymuszonego entuzjazmu ładuję kolejną pralkę. To 10 raz  w tym tygodniu. Do niedzieli dobijam do 14…segragacja, załadunek, rozładunek, wieszanie, zbieranie, składanie, rozniesienie po szafach… Nie chcę myśleć ile czasu to zabiera. Wy natomiast nie chcecie wiedzieć jak się wkur**łam, kiedy mój wycieńczony małżonek jeb*ął zawartość plecaka na podłodze w łazience… wszystko razem. Czyste i brudne… nieważne… wszystko do prania, Był tak wycieńczony, że przejrzenie odzieży było zbyt wymagające. Przecież to pralka pierze, nie?

img_20170129_182149_709.jpgGrubo po 22 staram się odświeżyć pamięć, zaplanować przebieg jutrzejszych zajęć. Padam na pysk…
Sobota 5:30. Przechadzam się radośnie od krzaczka do krzaczka. Wracam, jest prawie 6.00. Nie opłaca się wchodzić do łóżka, bo zaraz muszę wyjść. Wcinam śniadanie, żłopię kawę i przeglądam bazgroły z nocy. Przede mną 10h zajęć praktycznych (gimnastyczna + siłownia)
Planowałam mieć tego dnia ciało nieskalane treningiem, ale jak widać się nie da 🙂 Nauczanie wymaga 🙂
Wracam do domu i … pranie, sprzątanie, gotowanie… planszówki z B. … w końcu cały dzień się nie widziałyśmy. Szybka kolacja, kąpiel. Siadam do kompa. Chwila nieuwagi, a tu już niedziela. Szybko wędruję do łóżka, bo przecież o 5:19 pod drzwiami zawyje pies. Niedziela jest wolna … wolna od bycia w danym miejscu na daną godzinę. Reszta bez zmian. Zanim moi wstali zainstalowałam się przy kompie i cichutko narabiałam zaległości. Kiedy dom stanął na nogi, zaczęło się życie. Miłe, ciepłe, rodzinne. Kawa pita powoli smakuje inaczej, przytulasek B. cieszy okrutnie, a łączenie cyferek odpręża… do kolacji. Po kolacji zaczyna się hardcore i tak zaczyna się kolejny tydzień…

OLA:

Ta wolna niedziela … z odcinaka 2 rozpoczyna tydzień 3. Rozpoczyna, bo będzie miała na niego ogromny wpływ. Chyba bardziej pasuje nazwanie jej chorowitą niedzielą. Wieczorem sytuacja wyglądała tak: na dwoje babka wróżyła. Jak to w życiu bywa plan, planem, a życie swoje. Alka się pochorowała, dostała gorączki. Gorączka, w sumie dobrze. Widać jej organizm się broni i walczy. Walczył, aż doprowadzał Alkę prawie do wrzenia.

Jeszcze pozostanę przy niedzieli. Gdy zobaczyłam swój plan treningowy na nadchodzący tydzień nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać? Dlaczego? Podkręcona śruba. Wiedziałam, że podobnie jak Ilonie, również mnie prędzej czy później trafi się wybieganie 30 km. Tylko inaczej zdawać sobie sprawę, a inaczej dostać do realizacji. Czemu mnie, to tak sparaliżowało? Nigdy wcześniej nie biegłam na treningu 30 km. Rok temu były takie dystanse w planie lecz splot różnych wydarzeń spowodował, że nie zostały zrealizowane. Moje pierwsze 30 km przebiegłam w trakcie startu w maratonie. Pomijam już fakt, że w kontekście chorej Alki wygospodarowanie 3 godzin na realizację jednostki treningowej, to mega abstrakcja.

PONIEDZIAŁEK

16266018_1330786256982852_3081011008716024128_n
BLUZA ROZPINANA AZURE CRYSTALS PRO znajdziesz na www.e-nessi.pl

Poniedziałek już od worku poszukuje kota w worku. No normalnie tak się czułam. Poniedziałek rano, a ja już miałam wrażenie, że wtorek mnie pożera. Dzięki wsparciu ze strony Jarka i zrozumieniu, trening mógł być odbyty. Zrozumieniu? Nie każda kobieta ma tyle szczęścia, że facet zrozumie, że rano wciąga legginsy i kradnie 2 godziny na bieganie. Idzie się sponiewierać. Ogarnął dzieciaki, psa a ja o poranku ruszyłam na bieganie. Jeśli nie rano, to wcale. Trochę poszłam realizować plan, trochę poszłam wietrzyć głowę, trochę wybiegać sobie więcej cierpliwości. Już w niedzielę Alka była jęczybuła, jak to chore dziecko.

Też tak macie, że jak dacie sobie niezły wycisk, to te mało istotne sprawy pozostają mało istotnymi? Nie urastają do mega ważnych. I gdy 5 raz powtarzasz dziecku ubierz się, nie wywołuje to w tobie frustracji?

Co było na treningu? Odcinki 5 minutowe. Sama chciałabym zobaczyć swoją minę, gdy po 2 odcinku zdajesz sobie sprawę, że twój szybki odcinek to kilometr, a przy dobrych wiatrach więcej niż kilometr. Jakoś 5 minut nie brzmi tak strasznie jak kilometr 😉 W trakcie powtarzałam sobie oby zrobić 7 a potem będzie już z górki. Trasa z górki nie była, była raczej płaska. Tylko czemu taka śliska? Udało się trening właściwy zrealizowany, schłodzenie i do chaty. Satysfakcja po dobrze zrobionym treningu, który przed jego rozpoczęciem wydawał się abstrakcją BEZCENNA.
Z przewietrzoną głową, wybieganymi złymi emocjami, mogłam grać we wszystkie planszówki świata z Alką 😉

WTOREK
We wtorek biegania nie było, w sumie być nie miało. Po co piszę o wtorku? Bo to dość istotny dzień w kontekście środy. Moja głowa mówiła w środę masz robić wybieganie JEDZ, JEDZ, JEDZ. Dalej paraliżowała mnie myśl, jak to tak można wyjść i iść przebiec 30 km. Kiedy mam biegać, przecież Alka chora, robota…? Problem się rozwiązał. Jarek się pochorował. Szukając pozytywów. Opiekę do dziecka jest, więc pozostaje ustalenie trasy i …. Dalej trzęsły mi się portki.

16298570_1330786266982851_7126961058593851054_n
LEGGINSY DO BIEGANIA www.e-nessi.pl

ŚRODA
Jem dalej i najeść się nie mogę. Pozostaje tylko pójść pobiegać. Wiesz, że to nie jest proste tak sobie ogarnąć w Warszawie trasę na 30 km ? Kółko przez dwa mosty, którym często robię wybiegania ma 15 km Logika podpowiadała dymasz dwa i załatwione. Logika logiką tyko co zrobię jak będę pod swoją chatą przebiegać po 15 km? Kolejna sprawa: jak wytrzymać 3 godziny ze swoją głową, ze swoimi myślami. Ostatnio dużo się dzieje, więc głowa buzuje. Dlatego zabrałam słuchawki, tym razem leciała w nich „Siła nawyku”.

Gdy dobiegałam do domu, pomyślałam sobie , że bezpieczniej będzie zrobić tył zwrot i nie mijać bloku, bo jeszcze siku mi się zechce. Tak też zrobiłam i się odwróciłam. W tym momencie zaczął padać śnieg. Moja trasa jest bez świateł (poza tymi właśnie pod domem, na których zawróciłam) i innych powodów do stawania. Założyłam sobie, że zatrzymam się dopiero po 30 km. Założenie zrealizowałam.

Nie obeszło się bez przygód. Nie wystarczyło, że sam dystans był przygodą. Po 27 km spotkałam Jarka z Alką. Spotkanie, to za dużo powiedziane. Oni siedzieli w aucie i na 14 jechali do lekarza. Nie wiem czemu. Zupełnie nie umiem tego wytłumaczyć. Ten widok mnie rozczulił. Co najmniej jakby, to było moje ostatnie 3 km do mety maratonu. Pobeczałam się jak bóbr. Serce podeszło mi do gardła, a nogi przyśpieszyły.
Dobiegłam pod blok, licznik pokazał 30 km. Nie wiem czy przez beczenie, czy przez dystans nawet zapomniałam cyknąć foty. To był ten moment, kiedy przygotowania do maratonu nabierają innego wymiaru. Zrobiłam to! Mimo ogromnego zmęczenia, po prostu byłam z siebie dumna. Nie chcę nawet myśleć o tym jak wyglądałam, wiem jak się czułam.
Po wejściu do domu czar prysł. Nieodebrane połączenia, wybuchająca skrzynka mailowa, a czat na FB pipka i pipka. Prysznic, coś na ząb i stawiam czoło codzienności. Co to dla mnie? Przecież przed chwilą przebiegłam 30 km 😉

16299322_1330786253649519_8904868163565230055_n
Zawsze w dobrych rękach SPORTMED

PIĄTEK
Przeskakuję przez czwartek i ląduję w piątku. Jarek i Alka na chorobowym. Ta druga już w dobrej formie. Olo dzielnie się trzyma i się nie daje zarazom. Dom ludzi i pies nie sprzyja pracy, tak więc po lekkim śniadaniu ruszyłam na bieganie. Mróz, słońce było całkiem przyjemnie. Dziś 300. Nie wiem co dłuższe 300 m czy środowe 30 km. Czułam nogi, spięte plecy, no i brzuch po bieganiu i czwartkowym treningu Mamy ruszamy dostał wpiernicz. Trening miał być szybki, krótki i przyjemny…. a te odcinki 300-metrowe się ciągnęły i ciągnęły. Uffff zrobione.

Co tam dalej w planie dnia? Szeroko nazywane masowanie. Na pierwszy ogień z Alką ruszyłyśmy do Sportmed. Alka była przeszczęśliwa. Zastanawiasz się dlaczego? W Sportmed możesz spotkać dwa mopsy, które umilają wizyty lub zajmują znudzone, oczekujące dziecko. Ja cieszyłam się trochę mniej, bo kto korzystał z usług fizjoterapeuty wie, że miły dotyk to to raczej nie jest ;-). Delikatnie mówiąc. Lecz efekty po wynagradzają ból w trakcie. Nawet nie będę przypominać sobie i opisywać…. Fakt faktem, diagnoza Mateusza Wrońskiego po: będę żyć i dalej biegać. Ze Sportmedu ruszyłyśmy na masaż stóp, refleksologię. Umówione byłyśmy obie. O odporność trzeba dbać. Szczególnie gdy organizm osłabiony, a do około wszyscy prychają, kichają, kaszlą. Nasze stopy zostały pouciskane, pomasowane. W drodze powrotnej załatwiłyśmy zakupy i odebrałyśmy Olka ze szkoły.

WEEKEND
Budzenie się bez budzika, chodzenie w piżamie do 10, leniwy poranek… Rozmarzyłam się. Budzik 6:30 i na 8:00 do szkoły. Cały weekend spędziłam w szkolnej ławie. Chociaż nie, za szkolnym biurkiem.

W niedzielę wieczorem mam stan „padam na pysk”, a tu trzeba zaczynać kolejny pewnie równie intensywny tydzień. Dla odmiany Olka zaczęło rozkładać, a tak dzielnie się trzymał…

Dołącz do grupy aktywnym mam na FB:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Instagram, tam też jesteśmy:

iloolo11169053_10205109642593257_978717547_n

5 thoughts on “#100 dni tydzień 3 – droga Mamy ruszamy na maraton (relacja)

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: