#100 dni tydzień 10 – droga Mamy ruszamy na maraton (relacja)

Na dworze piękne słońce, czuć wiosnę. Przychodzi ochota na lenistwo, ale niestety… trzeba pracowac i to bardzo ciężko. Kolejny tydzień to kolejny krok do przodu i kolejny krok w kierunku sukcesu. Biegniemy dalej, choć łatwo nie jest. Poczytajcie jak wyglądał nasz poprzedni tydzień zabieganego życia.

Poprzednie odcinki „public marathonu”: #odcinek1 przeczytasz: #100 dni tydzień 1 #odcinek2 przeczytasz#100 dni tydzień 2 #odcinak3 przeczytasz : #100 dni tydzień 3 , #odcinek4 przeczytasz: #100 dni tydzień 4 , #odcinek5 przeczytasz: #100 dni tydzień 5 , #odcinek6 przeczytasz: #100 dni tydzień 6  , #odcinek7 przeczytasz: #100 dni tydzień 7 , #odcinek8 przeczytasz: #100 dni tydzień 8  #odcinek9 przeczytasz: #100 dni tydzień 9

Za wsparcie naszej drogi na maraton dziękujemy: NESSI SPORTSWEAR oraz SPORTMED oraz TOMTOM.

ILONA:

Kolorowe legginsy do biegania NESSI www.e-nessi.pl

No to jedziemy z tym tygodniem. Tik Tik Tak, Tik Tik Tak…. równo jak w zegarku. Dyscyplina i porządek. Plan, lista, realizacja i sru z listy…. i tak krok po kroku, zadanie po zadaniu, powoli do celu… bosz nawet w takim zabieganym życiu jak moje, rutyna czasem jest nudna. Każdego dnia dzieje się tyle nowego, ale ja i tak wiem, że będą rzeczy stałe… będzie trening. W poniedziałek musiałam odreagować niedzielne wybieganie, więc nie wchodził w grę mocny akcent. Zrobiłam zatem BBL z małą nawiązką. Trochę ciągnie mnie łydka, więc szczególnie muszę zadbać o jej komfort, żeby nie było z tego kłopotów. Wtorek spędzony na rzucaniu talerzami. Tak bardzo cieszy mnie fakt powrotu na siłownię, że nawet jak nie mogę się ruszyć następnego dnia to i tak to lubię. Środa, zgodnie z kalendarzem, na biegowo. Mało, ale za to szybko. Bardzo szybko, normalnie za szybko. Zmieściłam się w planie, ale traciłam życie. Wolę biec 50 km w komforcie niż zrobić trening szybkości. Czwarteczek pełen wrażeń. Kochani co to był za dzień! Rano leciałam na konferencje prasową PKO Biegajmy Razem. Trochę z tytułu Mamy ruszamy, trochę w roli trenera, generalnie takie full combo! Z wywalonym ozorem wpadłam do domu, ogarnęłam psa, zakupy, przedszkole. Z palcówki prosto do pracy męża, by odstawić mu młodą, bo czekała już na mnie konferencja kobiet sukcesu. Dobrze, że kobietą sukcesu trzeba być w głowie, bo byłam jedyną kobitą w dresowej bluzie :) W połowie konferencji musiałyśmy palić wrotki, bo w SP 190 czekały już koleżanki z Mamy ruszamy na trening. Wpadłyśmy zziajane, z ozorem na brodzie, dyndającym prawie do kolan. Ja padałam prawie na pysk i świadomość 90 min treningu mnie trochę przygniatała. Do chaty wróciłam późno, byłam zmęczona i sponiewierana chyba do granic wytrzymałości. Powlekłam się do wyra, bo piątek był znów na ostro. Zdublowane tysie w piątkowy poranek dały mi najpierw ognia i powera, ale jak tylko odebrałam B. z przedszkola, do domu wszedł mąż, to… hmmm… usnęłam na dywanie. Po drzemce, która trwała… hmmm…. nie mam pojęcia ile, przetoczyłam się jak śniegowa kula do sypialni. Sobota…. sobota… nie mam w tym tygodniu szkoły, odpocznę. Hahaha, okazuje się, że wolna sobota mnie nie dotyczy. Pies wstał po 5.00, B., której wołami nie idzie ściągnąć w tygodniu z łóżka o 7.00 skakała jak sprężyna, a ja na 10:00 miałam wyglądać jak milion dolarów i pięknie się sprzedać na Blogger Fest. Ściągnęłam do chaty grubo po 15.00 zmarznięta, skurczona i obwieszona giftami jak kóń pociągowy. Nie miałam odwagi trzepnąć power napa, bo chyba skończyłoby się drzemką do rańca. Niedziela była moja… wolna… tak jakby, bo w sumie to wisiał mi jeden biegowy z planu. Założyłam zatem kolorowe rajty i ruszyłam na walkę z wiatrem na dystansie 25 km. Toć to była walka o przetrwanie. Rzucało mną jak po dwóch głębszych, w sumie to jak po 20 głębszych. Ledwo parłam do przodu. Czasem uciekałam do lasu, ale większość trasy dygałam zdecydowanie obok lasu, bo ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę to czołówka z dzikiem czy innym łosiem. Wiatr nie obchodził się ze mną delikatnie i dał mi ostrą szkołę życia, kaszel i gila, ale człowiek nie jest taki, żeby sobie nie poradził… szczególnie matka, nie?

OLA: 

Tydzień za tygodniem, mija jak jeden dzień. Poprzedni tydzień przygotowań kończyłam nie małym wyzwaniem czyli długim wybieganiem (40 km). Sobotę, niedzielę spędziłam w szkole aktywnie dla głowy lecz nie dla ciała. Dlatego sama nie wiedziałam czego mogę się spodziewać na poniedziałkowym treningu.

TOMTOM SPARK 3 CARDIO  http://ttsports.pl/

Pomyślałam, że po mega pracowitym weekendzie przerwa od kompa, pisania, jadłospisów przyda mi się bardzo. Dlatego ruszyłam w teren pełna optymizmu. Jakie było moje zdziwienie? Duże. Czuję nogi, oj czuję. Środek człowieka się rwie do przodu, a nogi gdzieś daleko w tyle. Biegnę, raczej się snuję. Jak ja zrobię te 400 m? W dość żwawym tempie? Całe szczęście nie lubię tracić czasu. Jak już wyszłam, to tak głupio się wracać. Spróbuję. Dobiegłam na bieżnię na Agrykolę. No to próbuję. Pierwsza 400 m, a do wyznaczonego tempa daleko. Ciało nie współpracuję. Potem kolejna i kolejna. Strasznie się szarpię, nie mogę złapać rytmu. Nie mogę wyczuć tempa, ani swojego ciała. Czy to ja? Nogi nie przestają boleć. WHF? Przecież w sobotę po 40 km wstałam bez bólu. Fakt czułam, że moje nogi pobiegały. Lecz bez problemu wbiegłam w szkole po schodach. Do ładu i składu zaczęłam dochodzić po 10 odcinkach. Na ostatnich 5 miałam już poczucie, że to ja przejmuję kontrolę. W takich chwilach zdaję sobie sprawę, że tak mało wiemy o sobie, swoich ciałach. Jak zachowa się nasz organizm nie wiemy do momentu kiedy nie wystawimy go na próbę.

KOSZULKA DO BIEGANIA www.e-nessi.pl

We wtorek wpadła siłownia. W środę kilometry z narastającym tempem. Strasznie byłam ciekawa jak tam nogi? Okazało się, że nogi dalej zmęczone nie do końca doszły do siebie. Lecz mimo, to udało się przyzwoicie zrealizować plan na ten dzień. Lubie takie treningi, dodają mocy tej w głowie. Kiedy udaję się zrobić coś co na papierze wyglądało średnio realnie. W takich momentach czuję ogromną satysfakcję.

Na piątek zostało wybieganie, tym razem 25 km. Tylko w określonym tempie. Wybiegałam, świeci słońce jakoś słabo wieje. Po dwóch kilometrach zdejmuję wiatrówkę i biegnę w krótkim rękawie. Ja pierwszy zmarźak Polski, tak na „goło”. Po 5 kilometrach myślę: jak skończę dzwonię do Ilony że dziś zawodowe warunki do biegania. Po 7 km zaczęłam zmieniać zdanie. Jakoś jednak wieje. Moja trasa na dziś zaplanowana była następująco: 12,5 km w jedną stronę, 12,5 km w drugą stronę. Po nawrotce zaczęła się rzeźnia. Gdybym miała dodatkowe okrycie poza wiatrówką na pewno był założyła. Wiało jak nad morzem. Bardzo ciężko było utrzymać tempo z pierwszej połowy treningu. Skończyłam ze zgrabiałymi palcami u rąk i marzeniem o ciepłej kąpieli. Trening po planie.

Lubie takie tygodnie gdy moje starania widać w realizacji treningów, a trener pyta: co się z tobą stało? (w pozytywnym sensie).


CHCESZ KUPIĆ ZEGAREK TOMTOM?

skorzystaj z KODU RABATOWEGO: MamyRuszamy75_TTsports
www.ttsports.pl

 

Dołącz do grupy aktywnym mam na FB:

cropped-mamy-ruszamy-projekty-proArte-Marta-Machalewska-Maciej-Mech-www.studio-proarte.pl_.jpg

Instagram, tam też jesteśmy:

eiloolo11169053_10205109642593257_978717547_n

 

One thought on “#100 dni tydzień 10 – droga Mamy ruszamy na maraton (relacja)

Twoja opinia jest dla nas ważna. Co o tym sądzisz?

%d bloggers like this: